Marzył, żeby nakręcić choć jeszcze jeden film. Przeczytaj sylwetkę Sylwestra Chęcińskiego, reżysera "Samych swoich" (DATA POGRZEBU)

Robert Migdał
Sylwester Chęciński zmarł w wieku 91 lat we Wrocławiu
Sylwester Chęciński zmarł w wieku 91 lat we Wrocławiu fot. Paweł Relikowski, archiwum Polska Press
Udostępnij:
Sylwester Chęciński, twórca kultowej trylogii o Kargulach i Pawlakach, kasowego „Wielkiego Szu”, czy komedii „Rozmowy kontrolowane” zmarł 8 grudnia. Jego pogrzeb odbędzie się w przyszłą sobotę, 18 grudnia, we Wrocławiu. Mistrz spocznie na Cmentarzu Grabiszyńskim. Początek uroczystości pogrzebowych zaplanowano na godzinę 14.

- Będzie mi go bardzo brakowało. Spotkań z nim, rozmów, jego wielkiego poczucia humoru - mówi Stanisław Dzierniejko, wieloletni przyjaciel Chęcińskiego, filmoznawca, dyrektor dwóch dolnośląskich festiwali: Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu i Reżyserii Filmowej. - Gdy tylko dowiedziałem się o śmierci Sylwusia, podjąłem decyzję, że od tego roku Festiwal Reżyserii Filmowej będzie nosił imię Sylwestra Chęcińskiego - zapowiada Dzierniejko.

Krzysztof Maj, wicemarszałek województwa dolnośląskiego odpowiedzialny za kulturę tak pożegnał genialnego, polskiego reżysera: - Malarz polskich charakterów – tak został opisany na jednym z wrocławskich murali i chyba nie można było ująć tego lepiej. Twórca kultowych polskich komedii, które w sposób mądry i zabawny przedstawiały nasze polskie przywary. „Kargul, podejdź no do płota” to zdanie, które zna chyba każdy z mojego pokolenia. Choć nie ma go już wśród nas, jego filmy pozostaną na zawsze w naszej pamięci. Bo dziś takich komedii nie pisze już nikt.

Informacja o śmierci twórcy "Samych swoich" zasmuciła Roberta Gonerę, wrocławskiego aktora, gwiazdę m. in. filmu "Dług": - To był cudowny człowiek, wspaniały reżyser, wspaniała postać polskiej kinematografii. Jego śmierć, to wielka strata.

Z Kresów na Dolny Śląsk

Chęciński. Rocznik 1930. Na świat przyszedł we wsi Susiec na Kresach Wschodnich. Po II wojnie światowej przeniósł się z rodzicami na Ziemie Odzyskane – najpierw do Dzierżoniowa, gdzie ukończył liceum ogólnokształcące, a następnie do Wrocławia, w którym pracował i mieszkał do końca życia.
Studia reżyserskie skończył na łódzkiej filmówce w 1956 roku, a po studiach przez kilka lat był asystentem reżysera i drugim reżyserem (m.in. u Andrzeja Wajdy – film „Lotna”, czy u Stanisława Lenartowicza – „Zimowy zmierzch”). Jego reżyserskim debiutem był film.... dal dzieci i młodzieży: „Historia żółtej ciżemki” z 1961 roku z z nastoletnim Markiem Kondratem w roli głównej.
Na swoim koncie ma mnóstwo filmowych nagród: polskie Orły, gdyńskie Lwy, Złota kaczka, ale także nagroda festiwalu filmowym w Wenecji (za „Historia żółtej ciżemki”).

Stworzył filmy kultowe
On jednak, mimo statuetek i zaszczytów, cały czas pozostawał bardzo skromnym człowiekiem, choć filmy, które stworzył przeszły do klasyki polskiego kina. Ba, dla wielu są już wręcz kultowe. Wystarczy wspomnieć komediowych „Samych swoich” , „Nie ma mocnych”, czy „Kochaj albo rzuć”, genialny kryminał „Tylko umarły odpowie” („Trudniej widza jest rozśmieszyć, niż wzbudzić w nim strach. Dlatego wziąłem się za reżyserię kryminału” – tłumaczył Chęciński), obyczajowo-społeczną „Agnieszkę’46”, prześmiewcze „Rozmowy kontrolowane”, czy gangsterskiego „Wielkiego Szu”.

- Nakręcił „Samych swoich”, najlepszą komedię w historii polskiego kina. Za to mu chwała. Ale trzeba pamiętać, że jako reżyser jest genialny: każdy jego film jest wybitny. To rzadkość. A poza tym, mimo wielkich osiągnięć, to niezwykle skromny człowiek. Bardzo – opowiadał Stanisław Szelc, satyryk kabaretu "Elita".

Mało tych filmów zrobiłem...

Rzeczywiście. Sylwester Chęciński, w każdej rozmowie, umniejszał swoje filmowe zasługi. I kręcił nosem, że filmów zrobił niewiele.

- Mało ich zrobiłem, bo się bałem, że będę miał nieciekawe scenariusze i że przez to będą to nieciekawe filmy. Nie należałem do tych reżyserskich błyskawic, co to robili rocznie dwa lub trzy filmy, a rozglądali się za czwartym. Ja byłem filmowym guzdrałą: musiałem scenariusz przetrawić, zrobić dokumentację, poznać środowisko – to mi wiele czasu pochłaniało. Musiałem doczytać coś więcej niż to, co niósł scenariusz. Niekiedy przygotowanie filmu zajmowało mi wiele miesięcy, niekiedy lat – opowiadał mi Chęciński w trakcie jednej z wielu rozmów.

Przez ostatnie lata filmowo milczał (ostatni pełnometrażowy jego film to „Przybyli ułani” z 2005 roku). Choć, jak przyznawał, chciał jeszcze stanąć za kamerą... Nie zdążył.

– Bardzo bym chciał jeszcze nakręcić film, ale jestem już, niestety, wiekowym człowiekiem i chyba fizycznie nie zdołałbym zorganizować i skupić wokół siebie filmowej grupy rozbrykanych ludzi. Jednak gdybym dostał jakiś tekst, scenariusz, który by mnie porwał, to pewnie bym się zmusił. Może wziąłbym jakiegoś młodego człowieka, który by mi przy tym filmie pomógł - snuł plany.

Rozmowa zawsze schodziła na Karguli i PawlakówUwielbiał spotkania z publicznością, na które zawsze przychodziły tłumy. Ludzie uwielbiają jego filmy. - Ale o czym bym nie mówił, opowiadał, to zawsze rozmowa schodzi na... „Samych swoich”. Zawsze. Widzowie kochają tę komedię. Taki już mój los… - uśmiechał się Chęciński.
Ta opowieść o Pawlakach i Kargulach miała swoją premierę 15 września 1967 roku.

A jak to z „Samymi swoimi” było?

Zanim powstał film, było słuchowisko radiowe. Audycję (trwała niecałą godzinę) reżyserował Andrzej Łapicki, a Pawlaka grał Wojciech Siemion. O Kargulu tylko w niej się wspominało.
Sylwester Chęciński zachwycił się opowieścią, którą usłyszał w radiu. Uwielbiał wiejskie tematy, zaczytywał się w pamiętnikach osadników. Postanowił przenieść ją na ekran. Poszedł do zespołu filmowego, w którym kręcił filmy, a w drzwiach złapał go szef, wręczając mu do przeczytania tekst... "Samych swoich". Zrządzenie losu? Szczęście?
Zaczął kręcić. Niby wszystko szło jak po maśle, ale...

- Film miał być komedią, rozrywką, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę miał opowiadać o dramacie, o przewiezieniu kilku milionów ludzi kilkaset kilometrów na zachód, o wielkiej zmianie mentalnej, jaka się z tym wiązała. Zacząłem się wahać. Poza tym w latach 60. tzw. kino wiejskie było traktowane niepoważnie. Podśmiewano się z obrazów wychwalających wieś, elektryfikację, a na dodatek znajomi straszyli mnie, że nikt na film o wsi do kina nie pójdzie – wspominał.

Ludzie walili drzwiami i oknamiJednak Chęciński się zawziął, przełamał obawy i zaczął robić swoje, choć cały czas miał obawy, czy "Sami swoi" rozśmieszą. Czy będą bawić. W czasie pokazu w Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu z przejęcia nawet wyszedł z sali. Chodził nerwowo po korytarzu, a jego obawy szybko zostały rozwiane: zza drzwi słyszał śmiech. Wszedł na salę dopiero wtedy, gdy usłyszał brawa na koniec.
Film odniósł wielki sukces. Do kin ludzie walili drzwiami i oknami. Biletów brakowało. Jednak o mały włos nigdy nie powstałyby kolejne części przygód Karguli i Pawlaków: "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć". Sylwester Chęciński chciał, żeby wszystkie kolejne filmy, które wyjdą spod jego ręki, były jeszcze lepsze. Bał się porażki i dlatego nie zgadzał się, żeby robić drugą część Pawlaków i Karguli.
W końcu się jednak przełamał. Ba, zrobił nie tylko drugą, ale i od razu trzecią część. Jak to się stało?
Otóż w międzyczasie kręcił serial "Droga" z Wiesławem Gołasem w roli głównej. Jeden z odcinków się nie podobał, a w gazetach na nowo wróciła dyskusja: "Dlaczego Chęciński nie chcę kręcić dalszych losów Pawlaka i Kargula". Zarzucano mu, że marnuje świetny temat. Powoli zaczął wierzyć, że druga część może być dobra. Zrobił "Nie ma mocnych", ale od razu postawił warunek: "Proszę bardzo. Zrobię nie tylko tę drugą część, ale i trzecią: w trzeciej Pawlaki jadą do Johna, do Stanów".

Żeby Amerykę zobaczyć...

Po latach przyznał, że nie chodziło mu o to, że był taki... wrażliwy na film. Wyszło jego, jak sam mówił, wyrachowanie. Twierdził, że nie był reżyserem festiwalowym, zapraszanym za granicę. Dzięki filmom nie zwiedził odległych krajów, więc pomyślał, że zrobi trzecią część, ale w Stanach Zjednoczonych, bo w Ameryce nigdy nie był, a chciał pojechać i ją zobaczyć.
Choć filmów od kilku lat nie kręcił, to bywał często gościem i jurorem na filmowych festiwalach (sala na spotkania z nim zawsze pękały w szwach), a młodzi reżyserzy przysyłali mu swoje filmy, zanim pokazali je publiczności, żeby ocenił, powiedział czy są dobre, a jak nie – to co trzeba zmienić. Był mistrzem. Mentorem.

Był filmowym pedantem

Gdy Sylwester Chęciński zaczynał się robić film, to zadawał sobie pytania: „z kim zaczynam ten film robić?”, a przede wszystkim: „kto w nim gra?”.

- Bo już jakiś tam scenariusz mam na początku, scenopis jest. Ale to, jak aktorzy zagrają, jak coś zrobić, żeby byli wiarygodni, to dopiero reżysera czeka. To jest rzecz stale budząca emocje, stan pewnego podgorączkowania u mnie. Muszę powiedzieć po latach, że miałem szczęście do ludzi, z którymi filmy robiłem – opowiadał Chęciński.

Współpracował z największymi: Beata Tyszkiewicz, Marek Kondrat, Gustaw Holoubek, Bronisław Pawlik, Bogumił Kobieta, Leon Niemczyk, Witold Pyrkosz, Zdzisław Maklakiewicz, Władysław Hańcza, Wacław Kowalski, Anna Dymna, Magdalena Zawadzka, Edward Lubaszenko, Andrzej Seweryn, Jan Englert, Jan Nowicki, Grażyna Szapołowska, Zbigniew Zamachowski, Kinga Preis… Długo by jeszcze wymieniać, kogo Chęciński reżyserował.
Znakomity reżyser niestety już nie stanie za kamerą. Zmarł w środę, 8 grudnia, we Wrocławiu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Cannes – festiwal filmu i kreacji

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie