Są pewne granice, których nie powinno się przekraczać. Rozmowa z Pawłem Okońskim, aktorem

Robert Migdał
Robert Migdał
fot. Wrocławski Teatr Komedia
- Jeśli chodzi o uzależnienia, to jesteśmy w tym naszym zawodzie estradowo-teatralno-filmowym narażeni na wszelkiego rodzaju pokusy, wszelkiego rodzaju leczenie lęku swoimi "sposobami" - a niestety czasami można w tym przesadzić i odwrót z tej drogi jest trudny, zwłaszcza, gdy artyście nie układa się w życiu osobistym - mówi Paweł Okoński, znakomity aktor filmowy i teatralny, który gra jedną z głównych ról w najnowszej premierze Wrocławskiego Teatru Komedia: "Judy. Na końcu tęczy". Rozmawia Robert Migdał

Niektóre kariery aktorskie, piosenkarskie, czy telewizyjne są okupione nie tylko wielką pracą, stresem, ale też i wielkim cierpieniem.

- Praca artysty - i nie mówię tu o karierach finansowych, celebryckich, ale karierach poważnych - zawsze jest okupiona niebezpieczeństwami, zwłaszcza o obszarze, w jakim my, aktorzy się poruszamy: inny rytm pracy, duże emocje i wielkie nerwy. Mówimy sobie: "Jeśli przestajesz się denerwować przed wyjściem na scenę, mając np. lat 70., to powinieneś przestać pracować w tym zawodzie". Bo człowiek, który traktuje serio swój zawód, który niejednokrotnie jest większą częścią jego życia, a w wielu wypadkach całym życiem, zawsze się przejmuje, martwi, stresuje. Ta praca zawsze jakoś odbija się na psychice, na lękach, na obawach, na tremie przed wejściem na scenę, na plan zdjęciowy. Nawet jeśli artyści nie pokazują tego po sobie, to tak jest. I tutaj powiedziałem o "łagodnym przebiegu choroby"…

A ten cięższy przebieg?

- Jeśli chodzi o uzależnienia, to jesteśmy w tym naszym zawodzie estradowo-teatralno-filmowym narażeni na wszelkiego rodzaju pokusy, wszelkiego rodzaju leczenie lęku swoimi "sposobami" - a niestety czasami można w tym przesadzić i odwrót z tej drogi jest trudny, zwłaszcza, gdy artyście nie układa się w życiu osobistym.

Dobre, poukładane życie prywatne jest portem, do którego można zacumować w razie burzy?

- Dokładnie tak jest. Ja je porównuję do wyspy, na której można przetrwać złe chwile, trudny czas. Jeśli mamy dobre życie osobiste, to zawirowania w życiu zawodowym, artystycznym, nie są straszne. Jest gdzie i do kogo uciec. To wielkie szczęście.

Judy Garland - bohaterka najnowszej premiery Wrocławskiego Teatru Komedia: "Judy. Na końcu tęczy" nie miała takiego szczęścia…

- Jej życie osobiste, delikatnie mówiąc, było trudne. Na swojej drodze spotykała ludzi, którzy albo wykorzystywali jej talent, albo ją osobiście - jako kobietę. Judy była dla wielu mężczyzn zabawką. A ona - co jest banalne - chciała tylko miłości: pragnęła jej najbardziej na świecie. I w końcu znalazła tę miłość - to było uwielbienie jej widzów. Wiedziała, że widownia jest jej przyjacielem, chociaż czasami tę widownię też traktowała po macoszemu, ale najczęściej była wtedy "pod wpływem" czegoś, co wzięła, co wypiła. Ludzie kochali ją za szczerość na scenie: że niekiedy wchodziła pijana, że przeklinała. Bo gdy Judy wchodziła na scenę, to wchodziło z nią całe jej życie...

Judy to postać tragiczna. I to od dziecka - bo już jako mała dziewczynka była faszerowana lekami, manipulowana, zmuszana do tytanicznej pracy.

- Weszła w swoje życie artystyczne nie tą nogą. Dostała szybką lekcję dorastania. A jako dojrzała kobieta była - mimo wielkiej siły i mocy na scenie - kobietą słabą, bardzo wrażliwą.

W spektaklu "Judy. Na końcu tęczy" też grasz osobę wrażliwą. Jej akompaniatora, przyjaciela…

- ...homoseksualistę, który kochał Judy miłością prawdziwą. Judy w naszym spektaklu odrzuca jego miłość, coś, co być może było dla niej ostatnią deską ratunku: spokojny dom, życie bez zobowiązań damsko-męskich, absolutnie czyste uczucie. To była szlachetna miłość - polegająca na tym, że "kochać kogoś, to pozwalać mu być sobą". Anthony, którego gram, jej to zaproponował, ale one tego nie przyjęła - uzależnienie było silniejsze od niej. Odeszła, w wielu 47 lat, u szczytu kariery będąc jednocześnie zniszczoną psychicznie i fizycznie.

Artyści są nie tylko bardziej wrażliwi na sztukę, ale też są bardzo wrażliwi w życiu prywatnym. Łatwo ich zranić, dotknąć, skrzywdzić. Dla wielu życie na scenie jest jak powietrze, bez którego nie mogą żyć.

- Dla mnie zawód aktora to pewnego rodzaju terapia psychiczna. Przy różnych trudnych okolicznościach, które mnie spotykały w życiu, zawsze pamiętałem o końcu spektaklu i patrzyłem na twarze ludzi - roześmiane, wzruszone i to uświadamiało mi, że jestem do czegoś tym ludziom potrzebny. To cudowne uczucie, gdy widzisz, że twoja praca ma sens. Niejednokrotnie też pozwala przetrwać bardzo trudny czas w życiu, bo po dobrze wykonanej pracy przychodzi taki spokój wewnętrzny, który pomaga wygrać z lękami, z własnymi uzależnieniami. Bo człowiek trwa, żyje po to, żeby udowadniać tym ludziom, którzy przyszli cię zobaczyć na scenie, i też sobie, że życie ma sens. Praca dla wielu artystów jest jak lekarstwo.

Sztuka może leczyć.

- Mój znajomy prowadził w Niemczech terapię przez teatr dla ludzi niesprawnych umysłowo, którzy gubili się w życiu, którzy mieli problemy i psychiczne, i fizyczne. I uczestnicy jego warsztatów, właśnie przez teatr, rodzili się na nowo. Bo zasada jest taka: jak coś serio da się publiczności ze sceny, to też otrzyma się od publiczności coś serio - wzajemna relacja jest sensem tego zawodu. Aktorzy i publiczność są pod tym samym dachem, oddychają tym samym powietrzem, w tym samym czasie. Wiele razy widzieliśmy w naszym teatrze, że sztuka potrafiła pogodzić zwaśnione małżeństwa, zjednoczyć ludzi, którzy mieli różne poglądy…
Teatr jako lekarstwo: i dla aktorów, i dla widowni.

Patrzę na karierę Judy sprzed lat, i na wiele karier obecnie i mam wrażenie, że mało się zmieniło: wiele gwiazd świetnie się bawi, stać je na narkotyki, alkohol, szalone życie, a za chwilę płacą za to wielką cenę. To, co pokazujecie w swojej najnowszej premierze, cały czas jest aktualne.

- W aktorstwie, tak jak i w życiu prywatnym, są pewne granice, których nie powinno się przekraczać. Bo przychodzi taki moment, że zamykają się drzwi i już nie można ich otworzyć - można się dobijać z drugiej strony, ale na nic to się zdaje. Nikt już nas nie słyszy…

Kariera Judy nie poturbowała tylko ją samą, ale i jej najbliższych: jej rodzinę, przyjaciół.

- Wielu artystów nie zdaje sobie sprawy z tego, że krzywdzi innych. Koncerty, spektakle - to są tylko chwile. A najważniejsze jest to, co jest stałe: rodzina, osoby godne zaufania, osoby, które są wsparciem. Filarem, ostoją jest miłość - czysta, szlachetna. U Judy zabrakło szlachetnego związku, szlachetnych relacji, a w w pewnym momencie życia - co było wynikiem jej uzależnienia - Judy świadomie się pogrążała. Świadomie odrzucała to, co było w stanie ją uratować. Niszczyła siebie i swoje otoczenie: rodzinę, przyjaciół.

Oglądając "Judy. Na końcu tęczy" we wrocławskiej Komedii nie miałem jednak wrażenia, że to jest spektakl przygnębiający…

- Reżyser, Wojtek Dąbrowski, tak to wymyślił, że ten spektakl jest jak najbardziej na serio, ale jest to bardziej spektakl do przemyśleń, bardziej refleksyjny i dający - wbrew pozorom - nadzieję i światełko w tunelu. Bo mimo wszystko ci wielcy artyści, szkoda, że czasami dopiero po śmierci, są doceniani. Ich sztuka potrafi się obronić przez lata, choć jest okupiona wieloma okolicznościami: płaczem, życiem w lęku. Ten spektakl daje dużo do myślenia nie tylko publiczności, ale i nam, aktorom, też. Do tego wszystkiego w spektaklu są wspaniałe piosenki, które pięknie śpiewa Justyna Szafran.

A propos Justyny Szafran. Razem z nią i Mariuszem Ochocińskim tworzysz wspaniałe trio na scenie.

- Bo bardzo dobrze nam się razem gra, choć jesteśmy różnymi ludźmi pod względem temperamentu. Sami byliśmy na początku ciekawi, jak to będzie, jak troje różnych ludzi, też pokoleniowo, zgra się ze sobą. Mówię pokoleniowo, bo jest na scenie spory przekrój: młody człowiek, piękna kobieta w średnim wieku i ja – dziadunio…

Oj, nie przesadzaj z tym dziaduniem…

- Czekałem, aż zaprzeczysz (śmiech), ale zaglądając w PESEL, to tak jest. Ale dzięki temu publiczność obserwuje na scenie trzy rodzaje patrzenia na świat.

Dla mnie ten spektakl to mieszanka wybuchowa emocji: jest i radość, i płacz, i strach...

- Bo takie właśnie było życie Judy Garland. Były w jej życiu momenty i groteskowe, i wspaniałe, i straszne. Momenty wielki wzlotów i wielkich upadków - i to dosłownie, bo przewracała się, pijana, na scenie. Ten spektakl to metafora życia wielu z nas: mamy swoje potrzeby, ambicje, swoje myśli o pięknym życiu, a życie niestety niekiedy potrafi "zaskrzeczeć" i nie dać nam szansy na spełnienie planów, marzeń.

Ciekawe, co by było, gdyby Judy przystała na propozycję granego przez ciebie Anthony'ego…

- Powiedziałaby: "Swoje zagrałam, przeżyłam, a teraz jest czas dla mnie: chcę patrzeć przez wielkie okno na fale i słuchać ich szumu. Teraz mam czas na oddech, nie chcę żyć na wiecznej zadyszce. Chcę odpocząć od sceny, od publiczności". Ona jednak nie zdecydowała się na taki krok.

Choć niektórzy artyści pokazują, że jednak tak można: mówią sobie "stop", koniec - teraz jest czas na odpoczynek. Tak zrobiła m.in. piosenkarka Tina Turner, a z naszego polskiego show biznesu np. Zdzisława Sośnicka.

- Bo ci artyści wiedzieli, kiedy w odpowiednim czasie nacisnąć hamulec. A Judy zamiast hamować, dodawała gazu. Może dlatego, że dostrzegała, lub przeczuwała "koniec tęczy".

Żyła na "pełnym gazie", odeszła w wieku 47 lat - wtedy, kiedy wielu artystów rozkwita w zawodzie.

- Ale trzeba pamiętać, że zaczęła artystyczną karierę jako dziecko. Bardzo wcześnie dostała lekcję dorosłego życia. Przerobiła swoje życie w krótszym czasie, aniżeli inni ludzie. To był intensywny kurs życia.

W spektaklu grasz przyjaciela Judy, jej akompaniatora. Co sprawiło ci największą trudność w zagraniu tej roli?

- Chciałem zagrać homoseksualistę w inny sposób, niż funkcjonujący stereotyp: starałem się być "normalny", wręcz hetero - poza małymi momentami, w których z Anthony'ego wychodzi ta jego nadekspresja i nadwrażliwość. To było trudne - żeby wypośrodkować, żeby znaleźć sposób na tę postać, żeby jej nie przerysować. A drugą trudnością było to, że musiałem grać na fortepianie. Owszem, jestem artystą, który grywa od czasu do czasu, na różnych instrumentach, ale w spektaklu musiałem zagrać z nut, i to nie króciutko więc nauka trochę czasu mnie kosztowała. Nagrodą było to, że nasz opiekun muzyczny, kompozytor Bartek Pernal powiedział, że dałem radę. Powiem ci, że to, że koncertuję przez chwilę, przed publicznością, to dla mnie jest mój własny, zawodowy sukces. Jestem z tego bardzo zadowolony (uśmiech).

Bo warto się cieszyć nawet z małych, drobnych sukcesów i sukcesików.

- Mówi się, że w leczeniu uzależnień ważne jest sprawianie sobie przyjemności, nawet tych najmniejszych. Trzeba mieć listę przyjemności do spełnienia - nawet bardzo, bardzo drobnych. Na przykład: "ładnie poukładam sobie coś na biurku", albo "mam czystą szybę w samochodzie". W życiu trzeba sobie szukać rzeczy, które sprawiają nam przyjemność. Bo z takich drobniutkich rzeczy, z czasem, tworzy się spora całość - wielka przyjemność, wielkie szczęście. To rzeczy, które nie są wsparte narkotykami, alkoholem, a wychodzą od nas, ze środka, z serca, a nie przez strzykawkę, czy kieliszek. To jest trudne w tym zawodzie - mam już kilku przyjaciół, którzy z tego świata odeszli, bo zapomnieli, że trzeba sobie powiedzieć "stop", popatrzeć w okno, na świat. Nie wolno tego okna zasłaniać.

Wy, jako artyści, pewnie inaczej odbieracie postać Judy-artystki, koleżanki po fachu. Pewnie przelatują wam przed oczami inni koledzy i koleżanki, którzy byli w podobnej sytuacji jak Judy Garland.

- Dokładnie tak. Niektórym z nich, na szczęście jest ich wielu, ten bieg, ten pęd, przestał w życiu odpowiadać. I otrząsnęli się w porę.

Rozmawiał Robert Migdał

Peter Quilter, Judy. Na końcu tęczy. reżyseria: Wojciech Dąbrowski.

Obsada: JUDY GARLAND: Justyna Szafran

MICKEY DEANS: Mariusz Ochociński

ANTHONY: Paweł Okoński

DZIENNIKARZ: Wojciech Dąbrowski

Opis spektaklu:
Historia, o której opowiada Peter Quilter, dzieje się na pół roku przed śmiercią Judy Garland, w Boże Narodzenie 1968 roku. W apartamencie Hotelu Ritz w Londynie aktorce towarzyszą: Mickey Deans (postać autentyczna, przyszły i ostatni mąż Judy) oraz angielski pianista i manager Anthony. Dramatyczne wydarzenia przeplatane są pięknymi piosenkami z repertuaru Judy Garland.

Pięć razy wychodziła za mąż, uwielbiała żółte róże, a w rankingu „Największe Amerykańskie Legendy Ekranu”, zorganizowanym przez Amerykański Instytut Filmowy, znalazła się na 8 pozycji. Judy Garland. Jedna z najbardziej charyzmatycznych, ale i tragicznych postaci świata filmu. Od dziecka faszerowana lekami — wzmacniającymi, uspokajającymi i znów pobudzającymi — zmarła w wieku 47 lat, wskutek ich przedawkowania.

Premiera we Wrocławskim Teatrze Komedia (pl. Teatralny 4) już 19 września, godz. 18

Jesienna turystyka w Polsce

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie