Michael Humphrey: To naturalne, że ze Stelmetem będę chciał zagrać jeszcze lepiej

Rafał Hydzik
W wygranym meczu z BM Slam Stalą Ostrów Wlkp (100:80), Michael Humphrey został wybrany zawodnikiem meczu. Z koszykarzem Śląska rozmawialiśmy dzień przed jego fantastycznym występem. 23-latni Amerykanin opowiada m.in. o przeskoku z koszykówki uniwersyteckiej na zawodową, o tym dlaczego nie wyszło mu w Parmie Perm i Stelmecie Zielona Góra, a także o wyższości NBA nad rozgrywkami europejskimi.

Często mówi się o przeskoku sportowym, kiedy zawodnicy z NCAA trafiają do mniejszych lig w Europie, ale jak to wygląda od strony mentalnej? Znika rzesza fanów, hale jakieś takie bardziej puste...
Dokładnie tak jak mówisz, to olbrzymi przeskok. W czasach koledżu koszykarze są jak celebryci, a tu jest zupełnie inaczej. Oczywiście wciąż mamy za plecami pasjonatów, ale to nie to samo. Nie ma już rozdawania setek autografów czy sesji fotograficznych z kibicami. Na uczelni grałem w ogromnych halach pełnych kibiców, w Madison Square Garden na przykład...

...przy jakiej publiczności?
Około 20 tysięcznej. Kiedy jednak spojrzę na to z odpowiedniej perspektywy, doceniam tę zmianę. Pomogło mi to nabrać pokory. Ostatecznie jestem bowiem tylko zwykłym gościem, który zarabia na życie grając w koszykówkę.

Śmiało zakładam, że około 90 proc. młodych chłopaków w Stanach celuje w NBA. Kiedy rzeczywistość zbija na inny trop, widzisz to jako okazję czy porażkę?
Bardziej widzę to jako szansę. Nie ma co ukrywać, marzeniem każdego koszykarza jest NBA. Nie znam dokładnych statystyk, ale zakładam, że niecały jeden procent ten cel osiąga. Dlatego też coraz więcej Amerykanów szuka swoich szans za oceanem, gdzie przecież też jest zawodowy basket. Koszykówka jest sportem globalnym, gra się w nią wszędzie. Nie nazwałbym więc takiego toku kariery porażką, tylko szczeblem w drodze do celu.

Koszykarze są jednym z czołowych produktów eksportowych ze Stanów. Ludzie czasem patrzą w składy i oceniają właśnie po liczbie Amerykanów. Czujesz może presję z tego względu?
Przyznam, że w pewnym stopniu faktycznie da się to odczuć. Myślę sobie: „Ten klub sprowadził mnie z drugiego końca świata, muszę udowodnić, że było warto”. Wtedy jednak wychodzę na parkiet i widzę dookoła siebie dziewięciu innych ludzi, którzy są niezwykle utalentowani i poświęcili koszykówce całe swoje życie. Nie wyróżniam się spośród nich tylko dlatego, że urodziłem się w Stanach. Na boisku wszystko się równoważy. Doskonale kojarzę jednak podejście, w którym ludzie zakładają, że wraz z liczbą Amerykanów rośnie jakość zespołu.

W liceum grałeś w futbol amerykański. Czemu to porzuciłeś?
Po prostu zrozumiałem, że jako sportowiec dalej zajdę grając w koszykówkę. W futbol grałem pięć lat, co zresztą jest normalne w Stanach. Na pierwszym roku koledżu pojawiła się opcja przejścia na koszykówkę i w tamtym momencie dokonałem przeskoku. Nie będę też ukrywał, że moja postura miała wpływ na tę decyzję. Będąc tak wysokim i szczupłym, w każdym meczu musiałbym uważać, by mnie nie zmiażdżyli.

Czyli w koszykówkę grasz od stosunkowo niedawna?
To nie tak, że w danym momencie uprawiałem tylko jeden sport. Miałem przywilej w dzieciństwie próbować wielu dyscyplin, w koszykówkę jednak grałem najdłużej. Oprócz tego próbowałem swoich sił w baseballu, futbolu amerykańskim czy golfie.

Gdybyś w takim razie nie był koszykarzem, byłbyś...
Pewnie bym chciał zobaczyć jak daleko mógłbym zajść grając w futbol. Mógłbym uprawiać dowolny sport, jeśli tylko odnalazłbym w nim pasję.

W koledżu szkolono Cię na silnego skrzydłowego, a teraz występujesz jako środkowy. Na której pozycji czujesz się bardziej naturalnie?
Czuję się komfortowo na obu pozycjach. Basket staje się tak wszechstronny, że silny skrzydłowy i center zaczynają grać wymiennie, różnice się zacierają. Jeśli miałbym jednak wybierać, skłoniłbym się ku „czwórce”, bo spędziłem w tej roli więcej czasu.

Taka jest koncepcja trenera, by rotować na 4 i 5 Ciebie i Aleksandra Dziewę?
Dokładnie tak. Myślę, że to właśnie sprawia, że jesteśmy bardziej wszechstronni i groźni jako zespół. Mamy dwóch zawodników, którzy mogą grać wymiennie między pozycjami cztery i pięć bez utraty jakości, co dodaje nam element zaskoczenia. To fizyczny sport, środkowi są z reguły nieco więksi, ale ostatecznie da się na ich przewagi odpowiedzieć motoryką i zwinnością. O to chodzi w koszykówce, by na każdą przewagę mieć kontrę.

Prosto z koledżu trafiłeś do Rosji. Jak wyglądał twój pierwszy sezon?
To z całą pewnością był naprawdę trudny przeskok. Wychowywałem się w Phoenix, a do szkoły chodziłem w Kalifornii – w obu tych miejscach są wysokie temperatury i dużo słońca. W Rosji temperatury są nieco niższe (śmiech). Po raz pierwszy zderzyłem się z barierą językową, choć całe szczęście w coraz większej liczbie miejsc można usłyszeć dziś angielski. Pomijając jednak te kwestie - jedzenie, ludzie, wszystko było w porządku. To nie była aż tak szalona zmiana, jak mogłoby się wydawać, kiedy wymieniłem Stany na Rosję.

To co zadecydowało o zmianie klubu już zimą?
Bliżej końca sezonu zmienił się w Parmie trener, a z nim koncepcja budowania składu. Wtedy pojawiła się oferta ze Stelmetu Zielona Góra i podjąłem decyzję o rozwiązaniu kontraktu.

Tam też nie było zbyt kolorowo...
To była... bardzo trudna sytuacja. W Stelmecie był niezwykle utalentowany, szeroki i wszechstronny skład, a my (Michael i Kodi Justice – przyp. RH) w zamyśle mieliśmy wejść z marszu i pomóc ustabilizować szyki w drodze do mistrzostwa. Ja z kolei liczyłem na bardziej marginalną rolę...

… nic dziwnego. To wciąż był Twój pierwszy sezon w zawodowej grze.
Właśnie. To było cenne doświadczenie, nie zawsze przecież wszystko się układa po naszej myśli. Nie był to z całą pewnością najlepszy okres w moim życiu, ale dzięki temu epizodowi dojrzałem jako człowiek i zawodnik.

Pierwszą konkretną szansę dostałeś w play-offach, gdzie pokazałeś się z dobrej strony. Stelmet miał opcję przedłużenia Twojego kontraktu o rok. Byłeś sfrustrowany, że tak bez żalu odrzucili tę opcję?
Nie. Doceniałem każdą minutę w Zielonej Górze. Pojawiły się obustronne powody, dla których mój kontrakt nie został przedłużony.

Pytania z tej kategorii często bywają dość rozdmuchane, ale czy chcesz w styczniu coś Stelmetowi udowodnić?
Oczywiście w każdym meczu, w którym gram chcę pokazywać, że jestem wartościowym zawodnikiem. Nie ukrywam jednak, że coś w tym jest. To element natury ludzkiej – jeżeli nie dostajesz szansy by uargumentować swoją jakość, zapewne chcesz dołożyć coś więcej kiedy pojawia się taka okazja. Podejdę do meczu ze Stelmetem jak do każdego innego, ale podświadomie pewnie będę grał na jeszcze wyższych obrotach.

W jakiej jesteś formie fizycznej? Straciłeś cały okres przygotowawczy...
Wciąż wracam do stuprocentowej sprawności. Miałem problem z kostką w lecie, a potem okres rekonwalescencji się przedłużał. Urazy kostki są niezwykle groźne w koszykówce, bo jakby nie patrzeć, stale się z nich korzysta, nie można przecież ich odciążyć. Mam jednak taką mentalność, że z każdym dniem chcę robić jeden krok do przodu, aż poczuję, że jestem w pełni gotowy.

Zapewne nie cała „krytyka” kibiców do Ciebie dociera, ale pewnie słyszałeś, że nie wszyscy są zadowoleni z obsady strefy podkoszowej.
Rozumiem to. Kibice mają powody, by nie być zadowolonymi. Przyznam jednak, że nie poświęcam dużej uwagi krytyce. Daję z siebie wszystko na boisku, a ludzie mają swoje opinie, mają do nich prawo. Trzeba jednak pamiętać, że powrót do dyspozycji po kontuzji to proces.

O panowaniu trenera Andrzeja Adamka mówiło się, że tracił szatnię, a ta z kolei była w mentalnej rozsypce. Jak to w końcu było?
Zupełnie się nie zgadzam. Każdego dnia wszyscy przychodzili na trening ze stuprocentowym zaangażowaniem i pełną wiarą w to, co trener Adamek chciał przekazać. Ani przez chwilę zawodnicy i sztab nie rozbiegali się w różnych kierunkach. Przegrywanie jest trudne, każdy ma swoją wizję powrotu na właściwe tory. Nikt jednak nie podważał roli trenera.

On sam wierzył w swoje idee do samego końca. Gdzie w takim razie był ten zgrzyt, że nie udało się ich potwierdzić wynikami?
To o tyle dobre pytanie, że gdybym znał na nie odpowiedź, zapewne nie bylibyśmy w tej sytuacji w tabeli. Sezon jest długi, a upadki nieuniknione. Niestety nasz pierwszy upadek nastąpił już na samym początku, co się mocno odbija mentalnie na zespole. Wierzę jednak, że przejście przez ten ciemniejszy okres zespoli nas jako drużynę, powstaniemy znacznie silniejsi.

Jaki jest trener Oliver Vidin? To wciąż dość anonimowa postać.
Nie poznaliśmy go jeszcze poza boiskiem, ale na nim... wow, na treningach pracujemy naprawdę ciężko. Trener narzuca dużą intensywność i widać po nim, że ma wyraźnie zarysowane cele. Teraz od nas zależy jak sprawnie będziemy je realizować.

A jak wygląda teraz atmosfera?
Bardzo dobra, każdy ciężko pracuje, jeden za drugiego. Szczerze mówiąc, niezależnie od tego kto stoi za sterami, nie ma jednego zawodnika który nie dawałby z siebie wszystkiego. Chcemy wygrywać. Nie wybieramy sobie przecież dla kogo chcemy walczyć, a dla kogo nie. Nasze kontrakty także są na linii, więc utrzymujemy skupienie na swoim celu.

Kiedy zarząd klubu rozwiązał kontrakt Claytona Custera, zrobiło się nerwowo?
Nigdy nie jest łatwo patrzeć jak kolega z drużyny pakuje swoje walizki. To jest jednak biznes – kiedy jeden tryb nie funkcjonuje, zmiany są konieczne. Każdy z nas ma świadomość, że w koszykówce żyje się z dnia na dzień, nie ma żadnej gwarancji na zatrudnieniu.

Jak określiłbyś swoje koszykarskie cele? Czyżby NBA?
Ja to widzę tak, że dotarcie do NBA jest spełnieniem koszykarskiej kariery. To już najwyższy możliwy pułap. To marzenie, ale są też inne drogi by udowodnić, że jesteś najlepszy koszykarzem jak jest to tylko możliwe. Mistrzostwo EuroLigi czy nawet Basket Ligi – każde zwycięstwo to stanowczy krok w tym kierunku.

Luka Doncić stwierdził ostatnio, że NBA jest nieco przereklamowana, a prawdziwy basket gra się w Europie. Co prawda nie doświadczyłeś jeszcze Euroligowej gry, ale co uważasz o jego słowach?
Z całą pewnością jest powód, dla którego zawodnicy w NBA zarabiają tyle, ile zarabiają (śmiech). Może w czasie sezonu zasadniczego liga nie jest tak efektowna jak podczas play-offów, ale to najlepsza liga świata.

FLESZ: Nowe dyscypliny na igrzyskach w Tokio

Wideo

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3