Historie z Wrocławia. Każdy chciał mieć teczkę w kiosku RUCHU. Zobaczcie!

Juliusz Woźny

Wideo

Udostępnij:
Dziś kioski z gazetami nie wzbudzają specjalnych emocji. Kiedyś przyciągały ludzi z całej okolicy. Przed okienkiem formowały się długie kolejki. Posiadanie teczki w kiosku Ruchu było marzeniem, dla większości ludzi nieosiągalnym. W takiej teczce Pani Kioskarka odkładała dla szczęśliwca „Kobietę i Życie”, „Przyjaciółkę” - czasopisma, które zawierały przepisy kulinarne, życiowe porady i plotki z życia gwiazd srebrnego ekranu.

Wykonane z drewna lub blachy. Niebieskie, zielone, żółte lub brązowe. Kioski Ruchu. Zza ich witryn uśmiechały się lalki, wzrok przyciągały barwne maskotki, serie wydawnicze z Żółtym Tygrysem, szampony, pasty do zębów, kremy Nivea. Gdy w sklepach spożywczych, a zwłaszcza mięsnych, straszyły puste półki, witryny kiosków wabiły kolorowymi okładkami tygodników, barwnymi pocztówkami, kolorowankami dla dzieci. Znajomość z Panią Kioskarką to było coś. Jej przyjaciółki i znajomi mogli liczyć na wspomnianą teczkę, odłożenie pod ladę pachnącego mydełka, paczki papierosów, czy chińskiego wiecznego pióra. Warto było taką przyjaźń pielęgnować.

Plotki z wielkiego świata

„Kobieta i Życie” to był rarytas wśród tygodników na polskim rynku czasopism. Na ostatniej stronie czasopismo to publikowało smakowite ploteczki z życia gwiazd i celebrytów z zachodu. Tam była też słynna „Satyra w krótkich majteczkach” - rubryka publikująca zabawne powiedzonka najmłodszych. To właśnie na ostatniej stronie „Kobiety i Życia” przeczytałem, że Picasso w dziewięćdziesiątym roku życia uczy się tańczyć. Zaimponował mi. Przy okazji dowiedziałem się, że ten dzielny facet też maluje. Tam też znalazłem informacje, że Kim Novak po zakończeniu kariery zaczęła malować, że konflikt między Sophią Loren i Giną Lolobrygidą to... „wojna biustów” - pierwsza w historii. Potem tych wojen było znacznie więcej – co najmniej jedna na sezon. Trafiały się informacje o skandalach z życia gwiazd estrady „Beatlesów” czy „Rolling Stonesów”, a nawet ploteczki dotyczące amerykańskich polityków na przydał klanu Kennedych. Byłbym zapomniał – stałym tematem były wieści z brytyjskiego dworu.

Szwarc mydło i powidło

Gazety, proszki do prania tkanin, pasty do zębów, farby do włosów, wody toaletowe, krzyżówki, długopisy, zapałki, papierosy, zabawki, wszystko od polskich producentów. A także produkty na sztuki, takie jak żyletki. Żyletki... no właśnie żyletki. Najpierw służyły do usuwania zarostu, potem trafiały do temperówek. A dziś młodzi ludzie, golący się plastykowymi jednorazówkami, pouczają seniorów o ekologii. Co ciekawe – w kioskach, należących do Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej, za pomocą wydawnictw prasowych umacniających socjalistyczną propagandę, sprzedawano wytwory całej rzeszy malutkich zakładów prywatnych – to stamtąd trafiały na kioskowe półki plastykowe grzebienie, lusterka z Brygidką na rewersie, piłeczki na gumce, wypchane trocinami, plastikowe kotki różowym kolorze i malutkie misie o barwie zieleni lub błękitu.

Legendarny smak wody brzozowej

Były też perfumy i płyny po goleniu. I legendarna woda brzozowa. Oficjalnie służyła do wzmacniania włosów. Miała zresztą sprytnie skonstruowany korek. Dzięki niemu zawartość nie wylewała się strumieniem. Trzeba było zawartością delikatnie wstrząsać, dzięki czemu płyn dość równomiernie spryskiwał włosy. Potem należało go wetrzeć w skórę głowy. Wodę brzozową rzadko kupowali eleganci dbający o powierzchowność. Zwykle ze względu na niską cenę nabywali ją amatorzy taniego alkoholu i wypijali gdzieś za kioskiem. Potem gdy taki jegomość wsiadał do autobusu, roztaczał wokół siebie jedyną w swoim rodzaju woń. Co ciekawe, amatorzy tego trunku zwykle mieli bujne włosy. Może jednak woda brzozowa działała? Scenę z butelką wody brzozowej zawiera nieśmiertelna sekwencja rozgrywająca się w kiosku „Ruchu” z „Misia” Stanisława Barei. Trzeba jednak powiedzieć, że wątek z mięsem, sprzedawanym tam spod lady to jednak fantazja reżysera.

Husarz na koniu za 10 złotych

Żołnierzyki – marzenie każdego chłopca w czasach PRL... Jeśli dobrze pamiętam, zwykły kosztował 4-6 złotych, a taki na koniu 10 lub więcej. Mam do dzisiaj pudełko ze zdobytymi figurkami plastikowych strzelców, ułanów, Indian. Bawiły się takimi miliony polskich chłopców – od Bałtyku po Tatry. Co to były za przeżycia! Żołnierzyki były naprawdę znakomicie wykonane – miały wyraźne rysy twarzy, świetnie oddane detale munduru i uzbrojenia, pięknie ręcznie malowane. Budowało się całe pola bitew. Popularne figurki wojaków wytwarzała przez lata spółdzielnia produkcyjna Polskiego Związku Głuchych. Tej produkcji z czasów PRL nie musimy się wstydzić. Do dziś mam husarza, któremu można zdejmować pelerynkę ze skrzydłami. Majstersztyk!

Czego w tych kioskach nie było!

Bywał nawet papier toaletowy – rarytas w czasach PRL. Co do jego jakości, to było powiedzonko, że życie jest jak papier toaletowy – szare, długie i do... no powiedzmy kulturalnie do pupy. Ale nawet ten zgrzebny, chropowaty był obiektem pożądania. Kupowało się oczywiście „na zapas”, ile dadzą. Dlatego w miejskim krajobrazie pojawiały się postacie z naszyjnikami z rolek nawleczonych na sznurek. Tacy szczęściarze byli obiektem zazdrości, nieustannie też byli nagabywani: „Gdzie pan kupił?”

W miastach pełniły ważną rolę - ale na wsiach były prawdziwą mekką, pełniły też funkcję oświatową i kulturotwórczą. Normalną rzeczą były długie rozmowy z kioskarką przez okienko – przy czym klient przyjmował niezbyt wygodną, ale pełną szacunku pozę półukłonu. Papierosy! To był osobny temat, którym kiedyś się zajmę. Były zapałki i baterie Centra – takie duże płaskie.

A zaczęło się przed wojną

Historia kiosków zaczęła się 17 grudnia 1918 roku, gdy dwóch znanych księgarzy - Jan Gebethner i Jakub Mortkowicz powołali do istnienia Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych RUCH. Wzorowali się na funkcjonującym wówczas na przykład we Francji systemie trafik, czyli kiosków, które na tamtejszych dworcach rozprowadzały prasę, tytoń, zapałki i drobne artykuły. W roku 1935 RUCH był już ogólnopolską siecią, posiadał 700 punktów sprzedaży. Po wojnie został oczywiście przejęty przez państwo, po kolejnych przepoczwarzeniach powstała Robotnicza (oczywiście, że robotnicza, no bo jaka?) Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch”. W latach dziewięćdziesiątych nastąpiły kolejne przekształcenia organizacyjne i własnościowe. Obecnie cała struktura przeszła pod zarząd Orlenu. W Centrum Historii Zajezdnia, na głównej wystawie stoi rekonstrukcja takiego kiosku z okresu największej świetności. Przyciąga rzeszę dawnych klientów, którzy z łezką w oku rozpoznają rarytasy z dawnych. Rarytasy, po które byli kiedyś gotowi stać w naprawdę długich kolejkach.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie