Bomby, pociski, granaty. Wrocław to miasto, w którym saperzy mają co robić

Nadia Szagdaj
Nadia Szagdaj
12 kwietnia w Odra Centrum, w ramach cyklu „Z Wrocławiem w tle” odbyło się spotkanie realizowane przez stowarzyszenie przewodników TuiTam, którego gościem był dowódca patrolu saperskiego nr 25 z Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych, Przemysław Parol.
12 kwietnia w Odra Centrum, w ramach cyklu „Z Wrocławiem w tle” odbyło się spotkanie realizowane przez stowarzyszenie przewodników TuiTam, którego gościem był dowódca patrolu saperskiego nr 25 z Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych, Przemysław Parol. Paweł Relikowski
Udostępnij:
Na 16 kwietnia w Polsce przypada święto saperów, ustanowione w 1946 roku. We Wrocławiu, właśnie ci żołnierze mają szczególnie dużo pracy. - Z powierzchni jednego hektara ziemi przeznaczonej pod budowę biurowca przy Legnickiej, podjęliśmy 9 niewybuchów - bomb o wadze 250 kilo – wspomina st. chor. sztab. Przemysław Parol, dowódca patrolu saperskiego nr 25. - Niektóre na głębokości 6 metrów po ziemią – dodaje.

12 kwietnia w Odra Centrum, w ramach cyklu „Z Wrocławiem w tle” odbyło się spotkanie pt. "Bombowy Wrocław", realizowane przez stowarzyszenie przewodników TuiTam. Gościem specjalnym był dowódca patrolu saperskiego nr 25 z Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych, Przemysław Parol. Podczas spotkania prowadzonego przez przewodnika Artura Domańskiego, saper opowiadał o swoim zawodzie. - Znam go od fundamentów po szczyty wież – powiedział.

Patrol nr 25 zajmuje się tylko i wyłącznie Przedmiotów Wybuchowych i Niebezpiecznych (PWiN) pochodzenia wojskowego – nie domowymi bombami, które podrzucają w miejsca publiczne terroryści. - Takimi zajmują się pirotechnicy policyjni – wyjaśnia saper. - My zaś zajmujemy się amunicją, pociskami granatami czy bombami.

Nie zawsze na sygnale

- Jesteśmy patrolem interwencyjnym. Kiedy wpływa do nas zgłoszenie od policji, dopiero wyruszamy w teren – powiedział żołnierz i podkreślił, że po przyjęciu wezwania patrol ma na realizację zadania 72 godziny. - Jest nas tylko ośmiu – tłumaczył. - Do czasu, gdy się zjawimy, we wskazanym miejscu bezpieczeństwa pilnuje policja, straż pożarna lub miejska.

Uczestnicy spotkania mogli dowiedzieć się, że patrol saperski nie jedzie do niewybuchu na sygnale. - Jeśli włączyliśmy już sygnał pojazdu uprzywilejowanego, oznacza to, że mamy w przyczepie ładunek – uczulał saper.

Pociski przewożone są w specjalnych pojemnikach lub przyczepach przeciwodłamkowych, które odpowiednio zabezpieczają tzw. przedmioty wybuchowe i niebezpieczne (PWiN). - Chodzi o przejazd przez miasto – tłumaczył Parol. - Jeśli dojdzie do detonacji przewożonego pocisku czy innego przedmiotu, podwójny pancerz pojemnika wytrzyma eksplozję.

Detonujemy, nie rozbrajamy

Po przewiezieniu ładunku na poligon, saperzy umieszczają go w ziemi i przykładają ładunki trotylu. Potem pocisk jest detonowany. Niegdyś do trotylu trzeba było podłączyć długi przewód elektryczny z zapalnikami. Dziś można go zdetonować bezprzewodowo.

- Niewybuchy nazywamy „zardzewiałą śmiercią” – powiedział saper. - Nawet jeśli niewybuchy są zardzewiałe, zostały skonstruowane tak, by przetrwać lata. Pocisk rozbraja się raz – pierwszy i ostatni. Dlatego o każdym znalezionym PWiN należy bezwzględnie poinformować policję – podsumował.

Na Wrocław spadały... niemieckie bomby

- O dziwo najwięcej bomb, które znajdujemy we Wrocławiu jest produkcji niemieckiej – zauważył Parol. - Znajdujemy jednak przy nich zapalniki rosyjskie. Podczas oblężenia w 1945 Rosjanie uzyskali dostęp do niemieckich bomb (np. z magazynów Oleśnicy), ale używali własnych zapalników gdyż nie posiadali niemieckich – opowiadał saper.

Zapalniki niemieckie umieszczane są z boku, w korpusie bomby. Są to zazwyczaj konstrukcje elektryczne. Rosjanie postanowili użyć do niemieckich bomb lotniczych własnych zapalników, które opierają się na konstrukcji wiatraka.

- Te wiatraki umieszczane były w rosyjskich bombach z przodu. Gdy taka bomba leci przodem, wiatraczek zaczyna się kręcić i ją uzbraja. Jeśli zaś umieszcza się go z boku, bomba często po prostu nie wybucha – wyjaśnił saper.

W niemieckich bombach dodatkowo gniazdo na zapalnik ma średnicę 6 cm. W rosyjskich zaledwie dwa. - Aby materiał zdetonował musi mieć dobrą inicjację. Zdarzało się, że zbyt małe zapalniki detonowały, nie inicjując wybuchu, a jedynie otwierając bombę – opowiadał Parol.

"Bombowy Wrocław"

Wrocław stoi więc na niewybuchach. Niektóre z nich są naprawdę głęboko pod ziemią. - Kiedy tylko rozpoczyna się we Wrocławiu budowa, wiemy, że czeka nas sporo pracy – stwierdził saper. - Na przykład, z działki pod budowę biurowca na Legnickiej, z zaledwie jednego hektara powierzchni podjęliśmy 9 bomb o wadze 250 kilo. Niektóre z głębokości 6 metrów – wspomina.

Ale bomby są wszędzie, nie tylko w ziemi. - Do prac podwodnych wzywana jest grupa nurków – minerów, ze Szczecina. My, z wody możemy podjąć tylko to, co dobrze widać lub do czego jest łatwy dostęp – zaznaczył Parol.

Zdarza się też, że bomby są wbite w elewacje budynków. - Dlatego powiedziałem, że znam tę pracę od fundamentów aż do wież. Zdarzało nam się wykuwać pociski ze ścian kościołów, między innymi z tego przy al. Kasprowicza – wspomina saper.

- Podczas wojny zrzucane były także bomby kasetowe. - Bomba otwierała się w locie, by wyrzucić kilkanaście mniejszych. Niewybuchy znajdujemy więc na strychach i dachach. Ale niektóre z nich Rosjanie sami wpychali w szczeliny w ścianach czy stropach i zostawiali je „na później”.

Przemysław Parol opowiedział także o ciekawych przypadkach, na jakie natknął się w okolicach Rynku. - Mój poprzednik znalazł bombę lotniczą zapalającą przy samym pręgierzu. W jednej z kamienic na rynku do lat 2000. pocisk przeleżał na podbitce sufitu. Nawet nie był skorodowany. Miał tylko skrzywiony zapalnik – mówił.

Saperzy znaleźli także bombę na ul. Ruskiej. Początkowo wykop odsłonił rurę kanalizacyjną, nad i pod którą przechodziły przewody. Po odsłonięciu dalszej jej części okazało się, że rura ma kształt wrzeciona. - Na ul. Oławskiej w podobnych okolicznościach odnaleźliśmy pocisk moździerzowy, który został… obudowany specjalnie wyciętym krawężnikiem! - wspomina Parol. - I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ten pocisk nie miał 1,3m długości i 28cm średnicy!

W dniu święta saperów

Starszy chorąży sztabowy wykonuje swoją pracę od 1988 roku. - Bazując na wieloletniej służbie, mogę stwierdzić, że najczęściej ofiarami niewybuchów padają amatorzy poszukiwań skarbów. Nierzadko mają w domach małe arsenały, nie zważając na niebezpieczeństwo. Czasem takie gromadzenie kończy się tragicznie.

Saper zaprosił gości spotkania do odwiedzenia muzeum Wojsk Inżynieryjnych, w którym można obejrzeć resztki niewybuchów zdetonowanych na wrocławskim poligonie. Rozmiar pozostałości po bombach, które we Wrocławiu mogą ważyć nawet 500 kg, budzi respekt. - To jedyna taka atrakcja w Polsce – zapewnił Parol.

W dniu święta saperów życzymy im tylu powrotów, ilu wyjazdów. Trzeba tu dodać, że praca ta nie powinna zbierać już śmiertelnego żniwa. - Nasi poprzednicy przekazali nam wiedzę, która dziś pomaga nam bezpiecznie wykonywać nasz zawód.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Jest projekt zmian w kodeksie pracy

Wideo

Materiał oryginalny: Bomby, pociski, granaty. Wrocław to miasto, w którym saperzy mają co robić - Gazeta Wrocławska

Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie