Andrzej Piaseczny opowiada o tym, co dobre

Marta Bigda
Piotr Król
Za nami premiera nowej płyty Andrzeja "Piaska" Piasecznego. O krążku rozmawia z artystą Marta Bigda.

Tytuł Pańskiej najnowszej płyty "To, co dobre" brzmi dość narcystycznie - sugeruje Pan odbiorcy, co znajdzie na krążku?
To prawda, że tytuł jest... prowokujący (śmiech). Nie zrobiłem tego jednak nieświadomie albo kierowany zachwytem nad własną twórczością. To moje wołanie do siebie. Wołanie o dostrzeżenie tego, co dobre w codzienności. Mam nadzieję, że gdy ktoś wsłucha się w tekst tytułowej piosenki, zrozumie, o co mi chodziło.

Ale początkowo tytuł miał być inny - "Podróż do serca dźwięku". Dlaczego odszedł Pan od niego?
Płytę nagrałem w sposób dla mnie niespotykany, więc określenie "podróż" było uzasadnione. Z drugiej strony nie było to niczym nowatorskim, więc dlaczego miałbym określać słowem, które bardziej pasuje do odkrywania, coś dobrze znanego? A mówić o swojej płycie, że jest "podróżą do serca dźwięku" to przesada. Wcale nie jestem taki pewien, czy moja twórczość jest sercem muzyki.

Co to znaczy, że nagrał Pan płytę w sposób dla Pana niespotykany?
Zaczęło się od tego, że postanowiłem nagrać płytę za granicą. I nie dlatego, że tam jest lepiej albo dlatego, że tu jest źle. Po prostu tam ludzie, nie znając mojej biografii, patrzą na mnie bez naleciałości, bo "uprzedzenia" to za ostre słowo. Przypadkiem trafiłem na Henry'ego Hirscha, który zajmował się produkcją piosenek Lenny'ego Kravitza. Oczywiście nie próbowałem mu udowadniać, że jestem Lennym. I pewnie również dlatego bardzo dobrze wspominam tę współpracę. Hirsch to fascynat analogu. Ma sprzęt, który używało się dwadzieścia lat temu. Pamiętam, jak wskazał na jedno ze swoich urządzeń i powiedział: "Patrz, na tym nagrywali bluesa w latach 60. czarnoskórzy z Memphis!". To robiło wrażenie. Swoją płytę nagrałem na szerokiej taśmie. Również dzięki temu dźwięk jest tak surowy w porównaniu z wymuskanymi przez elektronikę kompozycjami. Przy analogowym sprzęcie trzeba się napracować, by wszystko brzmiało jak trzeba. A i tak zawsze pozostaną jakieś drobne niedoskonałości.

Zobacz: Krew, seks i religia, czyli czym szokują nasze teatry?

Tekst piosenki "Wielkie lśnienie" traktuje o cudzie narodzin. Czy uważa się Pan za narodzonego na nowo?
Chciałem tu raczej zwrócić uwagę na sam cud narodzin. Codziennie bliżej lub dalej od nas coś się rodzi - idea, dziecko, a raz do roku świętujemy przecież narodziny Boga. Chciałbym, żebyśmy to dostrzegli. Jest to w końcu jedna z tych dobrych rzeczy. Potem możemy obserwować, jak dzieci stają się rodzicami, i to też jest piękne.

Czyli Pańskie piosenki to również pochwała koła życia?
Faktycznie. Wcześniej nie z wróciłem na to większej uwagi.

Tworząc nową płytę, myślał Pan o tym, żeby pomóc ludziom się wyciszyć? To sugerowałyby refleksyjne, spokojne kompozycje.
To też, ale bardziej myślałem o rozmowie. Może mój słuchacz dostrzeże to, co chciałem przekazać, i zacznie się zastanawiać. Gdyby udało mi się pomóc mu w jego prywatnych poszukiwaniach, byłoby cudownie. Moją drogą do ukojenia była muzyka klasyczna i stąd moje umiłowanie do spokojnych melodii.

Marta Bigda rozmawia z Andrzejem Piasecznym także o współpracy "Piaska" z Sewerynem Krajewskim - cały wywiad przeczytasz w papierowym wydaniu Gazety Wrocławskiej (sobota-niedziela, 4-5 lutego).

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie