Tajemniczy Leonard Cohen
Mariusz Najwer, Marta Wróbel
2008-09-30 00:01:00
Kanadyjczyk spędził we Wrocławiu cały poniedziałek. O godz. 19 zaśpiewał w Hali Stulecia.
W poniedziałek wieczorem kanadyjski bard Leonard Cohen wystąpił w Hali Stulecia przed wrocławską publicznością. I choć Polska jest zagłębiem fanów artysty, Cohen uciekał przed błyskami fleszy i łowcami autografów.
Wszystkie informacje o pobycie muzyka we Wrocławiu zdobyliśmy drogą nieoficjalną - organizatorzy, zgodnie z kontraktem, nie mogli ujawniać absolutnie żadnych detali. Na wrocławskim lotnisku Cohen wylądował w niedzielę wieczorem. Stamtąd przewieziono go do pięciogwiazdkowego hotelu Sofitel w centrum miasta, gdzie spędził dwie noce. W ogóle nie pojawiał się w holu, a posiłek przygotowany przez hotelowych kucharzy zjadł w pokoju.
Podobnie sprawa wyglądała z próbą generalną przed koncertem. Aż do przyjazdu zespołu pod Halę Stulecia nikt nie wiedział, kiedy dokładnie pojawią się muzycy. Przed godz. 16 ochrona próbowała wygonić fotoreporterów i łowców autografów sprzed Hali. Któryś z ochroniarzy zagroził nawet jednemu z fanów, że jak nie odejdzie, to "dostanie w czapę". Cohen i zespół w końcu podjechali dwoma białymi busami. Ale w taki sposób, że ostatecznie możliwe było zrobienie zdjęcia jedynie plecom artysty. A już o zamienieniu kilku słów z Cohenem można było zapomnieć.
Za to podczas koncertu mistrz pokazał klasę. Na scenę Hali Stulecia wyszedł w czarnym garniturze, krawacie, kapeluszu i białej koszuli. Towarzyszył mu 9-osobowy zespół w takich samych strojach. Złośliwi mogliby powiedzieć, że wyglądali jak Blues Brothers. Ale złośliwym być nie wypada - bo Cohen był skupiony, poważny i skromny. Jednym zdaniem podziękował za gorącą owację, jaką zgotowano mu na przywitanie, i po prostu zaczął śpiewać.
Zaczął od "Dance Me to the End of Love", potem "The Future", "No Cure for Love", "Everybody Knows", "In My Secret Life". Dopiero przy trzeciej piosence powiedział, że to dla niego zaszczyt grać w tym miejscu, a przy szóstej wziął do ręki gitarę.
Śpiewał z zamkniętymi oczami, bardzo skupiony, lekko się tylko kiwając w rytm muzyki. I tak samo skupiona była publiczność, chłonąca w ciszy każde słowo Cohena. Z takim nastrojem dobrze komponowała się oprawa koncertu - żadnych fajerwerków, tylko zmieniające się barwy tła. Od jednolitej czerwieni albo fioletu wyraźnie odcinały się sylwetki muzyków.
Cohen nie stracił formy - fani, którzy kupili bilety (do poniedziałkowego południa sprzedano ich ok. 4 tysięcy) na pewno się nie zawiedli. Piękne piosenki, kameralna atmosfera mimo tłumów, nastrój święta.
Cohen po koncercie wrócił prosto do hotelu. Wyleci z Wrocławia we wtorek przed południem.
zibi
Po 35 latach udało się zobaczyć na żywo mistrza Leonarda, Warto było przyjechać z Gdyni.
Steven
Bałem sie że będzie lekko przynudzał ale się pomyliłem. Jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, koncert na jakim byłem. A byłem na wielu.
agnieszka
zawsze jego głos był balsamem dla uszu - to był niepowtarzalny, nietuzinkowy i perfekcyjny występ. Mistrzostwo.
Ania
Czapki z głów... w oryginale jeszcze lepszy ,niż na płytach,BRAWO!!!
gość
Cohen to klasa extra. Byłem. (pomimo przeszkód korków, braku bankomatu na terenie Hali (sic!) i w promieniu kilometra!) Słuchałem, widziałem, przeżywałem i jestem szczęśliwy!!! (Na takim koncercie obecność obowiązkowa dla pisenkareczek trzęsących tyłeczkami i biuścikami jakich pełno w TVP)