Autor: Przemysław Ziemichód

2017-05-19, Aktualizacja: 2017-05-19 11:34

Marta Dymek z Jadłonomii: Każdy może być weganinem

- Gotowanie bez mięsa jest stare jak świat - mówi Marta Dymek, autorka bloga "Jadłonomia" i książki o tym samym tytule, które poświęcone są kuchni wegańskiej - prostej, aromatycznej, smacznej i bez ideologii. Niedawno do księgarni trafiła druga książką tej popularnej blogerki. Tuż przed premierą "Nowej Jadłonomii" rozmawialiśmy z nią o tym, co jedzą weganie i czy czytanie przepisów, może sprawić, że ktoś zrezygnuje z jedzenia mięsa. Poniżej znajdziecie też przepisy.

"Mam na imię Marta, mam 26 lat i mieszkam na warszawskim Mokotowie. Pięć lat temu zaryzykowałam i rzuciłam pracę w agencji reklamowej, żeby poświęcić się w całości blogowi – wegańskie gotowanie i podróżowanie po świecie w poszukiwaniu nowych inspiracji to teraz moja praca na pełen etat - pisze autorka bloga Jadłonomia. - Nareszcie wiem, że była to najlepsza decyzja w moim życiu, a dzięki niej wydałam książkę "Jadłonomia. Kuchnia roślinna – 100 przepisów nie tylko dla wegan", która doczekała się już siedmiu dodruków, oraz nakręciłam swój program kulinarny "Zielona Rewolucja Marty Dymek", który jest emitowany na antenie Kuchni+".

Skoro rozmawiamy w porze przed obiadem, pozwolę sobie zapytać, co pani jadła dziś na śniadanie?

(śmiech) Na śniadanie jadłam smażone fenkuły, duszoną cukinię z pistacjami, która została z wczorajszej kolacji oraz surowe ogórki, surowe papryki, dużo kalarepy i trochę chleba z oliwą.

Pytam o to, bo przeglądając "Nową Jadłonomię" naszła mnie refleksja, że ta książka to dobra odpowiedź na pytanie o to, co weganie jedzą na co dzień. To chyba jedno z pytań, które często pani słyszy?

Tak, spotykam się z nim bardzo często, ale szczerze mówiąc im częściej je słyszę, tym bardziej mnie cieszy. Jeszcze kilka lat temu niektórzy zamiast po prostu zapytać, nastawiali się sceptycznie i odpowiadali sami sobie, że weganizm nie jest dla nich I nie ma sensu się tym interesować. Słuchanie tego pytania po raz tysięczny ma ogromny sens, bo to znaczy, że mogę takim ludziom udzielić całkiem, mam nadzieję, smacznej odpowiedzi (śmiech).


© Zuza Krajewska



Tak, z jednej strony to może dobrze, ale z drugiej często są to pytania podszyte taką fałszywą troską o czyjeś zdrowie. “Skąd bierzesz białko?”, “czy masz wystarczająco dużo żelaza?” i tak dalej. To już mniej przyjemne pytania…

To prawda. Osoby, które nie jedzą mięsa, muszą liczyć się z tym, że ich stan zdrowia jest elementem powszechnej społecznej troski. Pytania o żelazo czy białko będą słyszeć z różnych, często nieoczekiwanych stron. Na przykład, od bardzo dalekiego współpracownika czy koleżanki z innego działu w pracy. Pamiętam, że gdy jeszcze pracowałam w dużej firmie, kiedy tylko pojawiałam się w kuchni, mnóstwo osób pytało mnie o to, co jem. Oglądali i ferowali wyroki: “no widzisz, ale białka mało”, albo: “tak, ale jak ty się tym najesz? Nie ma mięsa, nie będziesz miała energii”. Potem te same osoby jechały najczęściej po grupowe zamówienie do McDonaldsa (śmiech). Te sytuacje uświadamiają mi, jak wielki to jest absurd. Nie należy się na niego złościć, tylko cierpliwie na takie pytania odpowiadać, pamiętając, że czasem osoby, które je zadają, same często nie odżywiają się najlepiej.

Zdarza się pani w takich sytuacjach odsyłać do własnych książek?

Teraz zdałam sobie sprawę, że tego nie robię. Może dlatego, że swego czasu moja mama często pytała mnie o różne przepisy albo o to, jak coś przyrządzić. Mówiłam jej, żeby weszła na bloga, a ona denerwowała się, że własna córka zamiast jej wytłumaczyć, odsyła na bloga. Chyba to mnie nauczyło pewnej pokory towarzyskiej. Teraz, gdy ktoś mnie pyta, tłumaczę krok po kroku.


"Nowa Jadłonomia" to zbiór przepisów niemal z całego świata. Jak powstała ta książka?

Po publikacji pierwszej książki wszyscy pytali mnie o to, kiedy będzie kolejna: wydawca, sekretarz wydawcy, moja mama, babcia, wszyscy. Każdy miał przekonanie, że skoro pierwszej książce towarzyszył sukces, to trzeba od razu wydać drugą. Ja nie do końca to czułam. Chciałam mieć coś do powiedzenia, a nie tylko wydawać książkę pod tytułem “wegańskie przepisy”. Pomyślałam, że dam sobie czas. Wróciłam do swojej drugiej pasji, do podróży. Miały one wymiar motywacyjny. Gdy już prowadzi się bloga, wyda książkę, czasem gotuje w telewizji, bardzo łatwo osiąść na laurach, poprzestać na tym, co już się umie, powtarzając cały czas te same “triki”. Podróżując do innych krajów, odkrywałam zupełnie nowe połączenia smaków, warzywa, które smakowały zupełnie inaczej niż wszystko, co do tej pory znałam. Wybierając miejsca, kierowałam się tym, by kuchnia danego regionu była interesująca oraz chociaż trochę wegetariańsko przyjazna. Potem szukałam tanich biletów, pakowałam plecak i jechałam.
Podczas którejś z podróży stwierdziłam, że moją wielką pasją jest przyglądanie się wegetariańskiemu i wegańskiemu jedzeniu na świecie.



© Zuza Krajewska



No właśnie, trochę tego wegetariańskiego i wegańskiego jedzenia wbrew pozorom na świecie jest...

Każda kuchnia ma w sobie poupychane wegetariańskie potrawy. To pokazuje, że gotowanie bez mięsa jest czymś starym jak świat. Spójrzmy na kuchnię polską, o której mówi się, z czym się nie zgadzam, że jest kuchnią bardzo “mięsną”. Na pierwszy rzut oka widzimy, że można wymienić tu takie potrawy jak barszcz z uszkami, który jest wegański, kapustę z grzybami, kompot, kisiel, mnóstwo potraw, o których nie myślimy nawet, że są wegańskie.

Jedna grupa to potrawy po prostu bezmięsne, druga to te, w których można mięso po prostu na coś wymienić. Dla wielu ludzi takie potrawy to skojarzenia z prostymi zamiennikami, np. kotletami sojowymi. tofu, tempehem. Pani pisze w "Nowej Jadłonomi", że przed przepisami z tofu się broniła…

To prawda. Tofu ma kiepski PR. Moim zadaniem jest zachęcanie do jedzenia wegetariańskiego i wegańskiego. Jeśli ktoś ma z tofu złe skojarzenia, to za nim nie przepada. Nie chcę z tym walczyć za wszelką cenę. Można jeść bezmięsnie stosując mnóstwo różnych składników. Nie chcę wyciągać na wierzch stereotypów takich, jak kotlety sojowe czy tofu. Staram się opierać przepisy na tym, do czego wszyscy mają dostęp - na sezonowych warzywach, wprost z bazaru.

Oprócz “złego PR-u” zamienników mięsa, w społeczeństwie pokutuje też obraz weganizmu jako ideologii. Pani używa określenia “kuchnia roślinna””. To dlatego, że podchodzimy z dystansem do słowa “weganizm”?

Tak mi się wydaje. Wszystkie “izmy” (weganizm, feminizm) mogą działać dwojako. Jeśli ktoś do jakiejś idei jest przekonany, jest wyznawcą czy “bojownikiem”, to idea do niego trafia. Tyle, że przekonywanie wegetarian do wegetarianizmu to żadna sztuka. Dlatego zawsze starałam się przekonywać do weganizmu osoby, które jedzą mięso. Nie w sposób nachalny, który tłumaczyłby im, co mogą, a czego nie mogą jeść. Pokazuję im, że jeśli kiedykolwiek będą chciały przygotować bezmięsny obiad, mają taką możliwość. Ja podpowiem im, jak zrobić to łatwo, tanio i prosto, ale na tym moje zadanie się kończy.
Umówmy się, że weganizm nie jest rozwiązaniem wszystkich problemów świata, a żaden weganin nie jest świętym. Ta dieta nie daje nikomu prawa do tego, by ingerować w to, co inni mają na talerzu.






Często zdarza się pani, że ktoś, kto deklarował, że nie mógłby żyć bez mięsa, po przeczytaniu pani bloga czy książki przechodzi na weganizm?

Bardzo często. Kilka razy w tygodniu, czasem kilka razy dziennie dostaję maile od osób, które dzielą się historiami swoich ojców, mężów, szwagrów, braci czy chłopaków. Opisują w nich przypadki (najczęściej) mężczyzn w rodzinie, którzy byli “mięsożerni” i mięsa jedli całe mnóstwo. Z czasem zaczęto przemycać do ich jadłospisu dania wegańskie, nie nazywając ich w ten sposób - dobry pasztet z soczewicy, pulpety z kaszy jaglanej, paszteciki z pieczonych warzyw. I nagle okazywało się, że ci mężczyźni jedzą coraz mniej mięsa albo całkiem z niego rezygnują.
Najbardziej jaskrawym przykładem takiej zmiany jest mój tato, który przez całe życie jadł ogromne ilości mięsa. Pod wpływem obserwacji mojego jedzenia trzy lata temu został wegetarianinem. Znając go, jestem pewna, że każdy może zostać wegetarianinem (śmiech).


Zmieniając nieco temat: jak wygląda przeciętny dzień z życia blogerki kulinarnej?

Zaskakująco przeciętnie (śmiech). Wiele osób wyobraża sobie, że mieszkam w ogromnym domu, mam ogromną kuchnię i wielką spiżarnię. Tymczasem, mieszkamy z chłopakiem w zwyczajnym dwupokojowym mieszkaniu. Oprócz tego, że prowadzę bloga, który jest dla mnie działalnością non-profit (nie ma na nim reklam), to również współpracuję z magazynami, prowadzę swoje rubryki kulinarne czy program w Kuchni +. Czasami jestem na planie, czasem robię zdjęcia potraw, spisuję przepisy, odpisuję na komentarze. Gotuję i wymyślam przepisy przeważnie wieczorem, gdy mogę na spokojnie zamknąć się w kuchni, eksperymentować.

Sezon grillowy zacznie się lada dzień, więc na koniec zapytam o to, co polecała by pani osobom, które nie są na diecie roślinnej, a chciałby spróbować czegoś bezmięsnego z grilla.

To świetne pytanie, bo ja nigdy nie lubiłam grilla czy ognisk. W czasach, gdy jeszcze jadłam mięso, kiełbasa zalana keczupem czy musztardą wydawała mi się kompletnie nieinteresująca i w grillu nie gustowałam. Pokochałam go, gdy zostałam wegetarianką, a później weganką. Dziś grill to moja główna aktywność w lecie. Jeśli ktoś z taką kuchnią ma niewiele do czynienia, a chciałby się czegoś dowiedzieć, powinien nie tyle poznać przepisy, co zapamiętać sobie metodę przyrządzania. Mięso na grilla bardzo często się marynuje, maceruje, naciera przyprawami, dopiero potem kładzie na ruszcie. Cukinie czy bakłażany rzuca się bez żadnych przypraw. Nic dziwnego, że potem smakują średnio. Polecam kupić cukinię, bakłażana, a najlepiej boczniaki, które są łatwe w przygotowaniu. Warzywa zalewamy na noc odrobiną piwa, oliwy, octem winnym z dodatkiem tymianku albo na przykład dodajemy paprykę chilli, paprykę wędzoną czy sos sojowy. Techniki i dodatki są dowolne, ważne tylko, by te warzywa na noc zamarynować, pozwolić wchłonąć im trochę smaku. Gwarantuję, że tak przygotowane będą przepyszne.

Brzmi bardzo dobrze. Będę musiał spróbować. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Przemysław Ziemichód, dziennikarz warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: Zuza Krajewska

Wybrane przepisy Marty Dymek z "Nowej Jadłonomii"




Wypasiona owsianka z Kopenhagi


To właśnie w Kopenhadze kilka lat temu powstał Grod, czyli restauracyjka, która jest prawdziwą stolicą owsianki. Można tam zjeść owsianki ze wszystkiego i ze wszystkim, ale prawdziwym przebojem jest wspaniały karmelowy sos, który sprawia, że każdą miseczkę ma się ochotę wylizać. Dlatego postanowiłam przygotować własną wersję tego sosu - znacznie zdrowszą i szybszą, bo zrobioną nie z cukru, a z daktyli. Wystarczy ukręcić go raz, a potem trzymać w lodówce i dodawać do każdego, nawet najnudniejszego śniadania - pisze Marta Dymek.


© Materiały prasowe



NA 2 PORCJE:

DAKTYLOWY KARMEL:

20 suszonych daktyli, bez pestek

1 łyżeczka soku z cytryny

2 łyżki masła orzechowego

1⁄3 łyżeczki soli

OWSIANKA:

1⁄2 szklanki płatków owsianych

1 szklanka wody

szczypta soli

1⁄3–1⁄2 szklanki mleka roślinnego

DO PODANIA:

sezonowe owoce, ulubione suszone owoce, ulubione orzechy lub inne zachomikowane w szafkach dodatki

1. W czajniku zagotować wodę. Daktyle wsypać do kubka, zalać wrzątkiem i pozostawić do namoczenia na przynajmniej 10–15 minut. Uwaga! Wodę po moczeniu daktyli należy zachować.

2. Do rondelka wsypać odmierzone płatki owsiane, dodać szklankę wody oraz szczyptę soli i gotować na minimalnym ogniu bez przykrycia przez 5–8 minut, starając się jak najmniej mieszać.

3. Wrócić do namoczonych daktyli. Odcedzić je na sitku i odmierzyć 1⁄2 szklanki wody, w której się moczyły. Daktyle włożyć do kubeczka blendera z małym ostrzem. Dodać sok z cytryny, sól oraz masło orzechowe i zblendować na gęsty krem. Następnie stopniowo dolewać słodkiej wody z moczenia, do momentu aż sos osiągnie odpowiednią konsystencję.

4. Do owsianki dodać tyle mleka roślinnego, aby nadać jej przyjemną gęstość. Zamieszać trzonkiem łyżki i gotować ostatnią minutę lub dwie. Gorące danie nakładać do miseczek i podawać z dużą łychą daktylowego karmelu oraz pozostałymi dodatkami.

Do daktylowego karmelu należy dodać odrobinę soku z cytryny, tylko tyle, aby przełamać lepkość daktyli, ale żeby kwaśny smak nie był wyczuwalny. Za to śmiało możecie podkręcić sos łyżką kakao, szczyptą chili, cynamonem lub przyprawą garam masala. Trzymajcie go w lodówce - jeśli nikt go nie zje, wytrzyma kilka tygodni.


© Materiały prasowe



Grzybowe mapo tofu

Co tu dużo mówić, dedykuję to danie wszystkim, którzy boją się, że kuchnia roślinna jest dla mięczaków i tym, którzy nie wierzą, że tofu może być smaczne.

NA 4–5 PORCJI:

Sos:

15 grzybów shiitake

1 1/2 szklanki gorącej wody

4 łyżki sosu sojowego

3 łyżki pasty miso

2 łyżki wody z kiszonych ogórków lub ewentualnie octu ryżowego

2 łyżki papryki gochugaru

3 łyżki koncentratu pomidorowego

Oraz:

1/3 szklanki oleju

10 ząbków czosnku

1 gwiazdka anyżu

3 cm imbiru

1 łyżeczka pieprzu syczuańskiego, uprażonego i zmielonego

1 szklanka wody

4 grzyby shiitake, zmielone w młynku na proszek

1/2 łyżeczki cukru trzcinowego

1/4 łyżeczki soli

3 kostki tofu / 540 g

1 łyżeczka soli

do podania: szczypior, kolendra oraz szczypta mielonego pieprzu syczuańskiego

Przygotowanie:

1. Grzyby shiitake zalać gorącą wodą, dodać sos sojowy i przycisnąć czymś ciężkim, aby dokładnie się zanurzyły. Pozostawić na przynajmniej 30 minut.

2. Następnie grzyby odcedzić, a płyn zachować. Namoczone shiitake rozdrobnić w małym kubeczku blendera na nieduże kawałki, po czym znowu włożyć do miski i zalać pozostawioną z moczenia wodą oraz resztą składników sosu. Dokładnie zamieszać i odstawić.

3. Czosnek oraz imbir posiekać. W dużym garnku rozgrzać olej, dodać czosnek, imbir, anyż oraz pieprz syczuański. Smażyć przez 1 minutę i wlać przygotowany w misce sos oraz wszystkie pozostałe składniki poza tofu. Gotować na niedużym ogniu przez 15–20 minut.

4. W tym czasie w małym garnku zagotować wodę z solą, tofu pokroić w kostkę i wrzucić do wody. Gotować 1 minutę, odcedzić i gdy gulasz będzie gotowy, dodać do środka. Krótko zamieszać i podawać posypane szczypiorem, odrobiną kolendry oraz szczyptą pieprzu syczuańskiego. Najlepiej smakuje z dużą porcją ryżu, jeszcze lepsze jest następnego dnia.

Oryginalnie to danie przygotowuje się w woku, a także używa się wielu niedostępnych w Polsce składników, takich jak ostra pasta doubanjiang czy też pasta z fermentowanej czarnej fasoli. Dlatego ja przygotowuję je w formie nieco dłużej gotowanego gulaszu, a zamiast trudno dostępnych past używam pasty miso oraz odrobiny wody z kiszonych ogórków. Jak to było? Cudze chwalicie, swego nie znacie?


© Materiały prasowe



Lody z masłem orzechowym i curry

NA 1 DUŻE PUDEŁKO LODÓW:

2 puszki mleczka kokosowego

8 łyżek masła orzechowego

1⁄2 szklanki cukru trzcinowego

1⁄2 łyżeczki przyprawy curry

1⁄2 łyżeczki soli morskiej

1 łyżeczka mąki ziemniaczanej lub ryżowej

1. Do średniego rondelka włożyć wszystkie składniki poza mąką i podgrzewać na średnim ogniu, co jakiś czas delikatnie mieszając. Kiedy płyn będzie ciepły, dodać mąkę i dokładnie wymieszać trzepaczką oraz podgrzewać dalej, do momentu aż zacznie bulgotać. Wtedy wyłączyć ogień.

2. Masę lodową przelać do pudełka na lody i odstawić do całkowitego wystudzenia, a następnie schować do zamrażarki. Przez 4 godziny co pół godziny wyjmować pudełko i mieszać zamarzającą masę łyżką, zaczynając od brzegów, tam gdzie zamarza najszybciej. Im lepiej i dokładniej będzie pomieszana masa, tym lepsze wyjdą lody. Po wyjęciu z zamrażarki pozostawić na 15 minut w temperaturze pokojowej, a potem zjadać - można prosto z pudełka i bez żadnych dodatków.

Mieszanie lodów jest dość uciążliwe, ale to właśnie od tego kroku zależy ich puszystość. Jeśli macie NAPRAWDĘ mocny blender, możecie trochę oszukać i skrócić ten proces o połowę - wystarczy, że zamrożone lody wyjmiecie, poczekacie kwadrans, a następnie pokroicie w kostkę i rozdrobnicie blenderem. Mówiąc szczerze, ja z reguły wybieram tę opcję - dodaje Marta.

Komentarze (6)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Spiity Gonzales (gość)

Z całym szacunkiem Pani Marto. Człowiek ma w na stanie w uzębieniu kły. Znaczy mięcho jeść ma, jak każdy szanujący się drapieżnik. Gdybym miał żreć trawę ,to bym był krową i miał też inny układ pokarmowy.

kANT (gość)

Gotowanie bez mięsa jest stare jak świat! Super spostrzeżenie, zawsze były jednostki słabe które nie umiały polować lub żadna grupa polują nie chciała się nimi zaopiekować ;)
Ps. Czemu wszyscy wagę są tak opuchnieci??? Większość were ma tak zniszczona przezroczysta cerę jak pani Dymek i dokładnie tak napuchnietee buźki???? Czego to jest powodem?

Jan (gość)

Nie może. Dieta ogólnie ma większy zakres ukrytych kruczków itd. Przede wszystkim należy zacząć od tego, że największy wpływ na to co może jeść ma nasza grupa krwi. I tak Osoby, które mają grupę A z reguły nie powinny jeść mięsa, bo mają najmniej enzymów trawiennych przez co mięsa zalega, słabo się trawi, powoduje, że przez nie osoby z grupą krwi A tyją. Zalecana jest dieta w owoce i warzywa, nabiał umiarkowanie. Natomiast osoby z grupą krwi 0, czyli tą najstarszą przestając jeść mięsa po prostu skracają sobie życie, wywołują różne choroby, a to przez to, że osoby z taką grupą potrzebują tłuszczy zwierzęcych, ponieważ słabo przyswajają inne, z roślin jak np. Do tego też trzeba nadmienić, że każdy może mieć alergię na jakikolwiek występując produkt spożywczy, nawet te, które próbuje się określać jako ''zdrowe'' a źle dobrane, do naszej grupy krwi, tolerancji, nawet soczysty owoc, czy produkt bez żadnej chemii może mieć fatalny wpływ na nasze zdrowie. Pozdrawiam, dietetyk.

4707 (gość)

Niestety, nie każdy może być weganinem. Istnieją alergie pokarmowe, przy których należy się żywić prawie wyłącznie mięsem. Na szczęcie w Polsce osób z takim problem jest niewiele.

Autor: Mariola Szczyrba

2017-05-19, Aktualizacja: 2017-05-19 10:41

Grand Press Photo 2017. Zobacz najlepsze zdjęcia

Znamy zwycięzców tegorocznego konkursu Grand Press Photo 2017. Wśród nagrodzonych znaleźli się m. in. fotoreporterzy Polska Press Grupy - Łukasz Gdak z "Głosu Wielkopolskiego" i Arkadiusz Gola z "Dziennika Zachodniego". Nagrodę za Zdjęcie Roku zdobyła Anna Bedyńska. Jej fotografia przedstawia Wasilija, skazanego na 15 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze i jego waleczną matkę.

Grand Press Photo to ogólnopolski konkurs fotografii prasowej dla zawodowych fotoreporterów, organizowany od 2005 r. przez magazyn "Press". W tym roku główną nagrodę zdobyła Anna Bedyńska za zdjęcie wykonane w Moskwie w 2016 r.


© Anna Bedyńska



Zdjęcie Roku 2017
Zdjęcie przedstawia Wasilija, który w wieku 19 lat został skazany na 15 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze oraz jego dzielną mamę. Gdyby chłopak przyznał się do przestępstwa, którego nie popełnił, dostałby nie 15, tylko sześć lat – i wyszedłby po czterech latach przedterminowo. Zwolniono go jednak po 13 latach, m. in. dzięki mamie, która walczyła z systemem rosyjskiego sądownictwa. Dziś chłopak jest studentem trzeciego roku prawa.


© Adam Konarski, „Fakt”


Zdjęcie pojedyncze - I miejsce w kategorii WYDARZENIA
Autor: Adam Konarski, „Fakt”
Wrocław. Zamieszki pod komisariatem policji Wrocław Stare Miasto wybuchły po tym, jak zatrzymany na Rynku 25-letni Igor Stachowiak zmarł podczas przesłuchania. 18 maja 2016


© Andrzej Grygiel, Polska Agencja Prasowa


Zdjęcie pojedyncze - II miejsce w kategorii WYDARZENIA
Autor: Andrzej Grygiel, Polska Agencja Prasowa
Katowice. Czarny Protest, demonstracja przeciwko planom dotyczącym zaostrzenia przepisów aborcyjnych w Polsce. 3 października 2016


© Maciej Moskwa, Testigo Documentary


Zdjęcie pojedyncze - III miejsce w kategorii WYDARZENIA
Autor: Maciej Moskwa, Testigo Documentary
Irak, Erbil. W listopadzie 2016 roku, w wyniku ofensywy prowadzonej przez koalicję sił irackich i kurdyjskich, bojownicy ISIS wycofali się z kilku chrześcijańskich miast, m. in. z Mosulu. Mniejszość chrześcijańska wróciła do swoich domów. 18 grudnia 2016


© Tomasz Lazar, dla „The Washington Post”


Zdjęcie pojedyncze - I miejsce w kategorii ŻYCIE CODZIENNE
Autor: Tomasz Lazar, dla „The Washington Post”
Tokio. Gra Pokémon Go podbiła cały świat, m. in. Japonię. 24 lipca 2016


© Łukasz Gdak Polska Press Grupa


Zdjęcie pojedyncze - I miejsce w kategorii LUDZIE
Autor: Łukasz Gdak, „Głos Wielkopolski”
Poznań. Na zdjęciu młodzi ludzie ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych im. Synów Pułku w Owińskach podczas warsztatów sensorycznych. W poznawaniu zabytków Ostrowa pomagały im zmysły dotyku, słuchu i węchu. 20 września 2016


© Damian Lemański, „Tygodnik Kętrzyński”


Zdjęcie pojedyncze - II miejsce w kategorii LUDZIE
Autor: Damian Lemański, „Tygodnik Kętrzyński”
Słowacja. Romskie dzieci bawiące się na Luniku IX, romskim osiedlu na obrzeżach Koszyc. Żyje tam 4,5–6 tys. Romów, w tym ponad 1 tys. dzieci. 15 lutego 2017


© Arkadiusz Gola, „Dziennik Zachodni”


Zdjęcie pojedyncze - I miejsce w kategorii SPORT
Autor: Arkadiusz Gola, „Dziennik Zachodni”
Świętochłowice. Mecz piłki nożnej podwórkowej drużyny. 25 września 2016


© Tomasz Jodłowski


Zdjęcie pojedyncze - II miejsce w kategorii SPORT
Autor: Tomasz Jodłowski
Zabrze. Bieg ekstremalny Runmageddon. 9 kwietnia 2016


© Beata Zawrzel, Agencja Fotograficzna Reporter


Zdjęcie pojedyncze - I miejsce w kategorii ŚRODOWISKO
Autor: Beata Zawrzel, Agencja Fotograficzna Reporter
Katowice. Zielona Dolina, fragment zrewitalizowanego obszaru w centrum miasta zwanego Strefą Kultury. 19 maja 2016


© Damian Kramski, Comcam.pl


Zdjęcie pojedyncze - I miejsce w kategorii KULTURA I ROZRYWKA
Autor: Damian Kramski, Comcam.pl
Lubliniec. Uczestników Biegu Katorżnika porywają byli żołnierze JWK Lubliniec – „torturują” ich całą noc i „przesłuchują”, po czym wypuszczają, by mogli wystartować w biegu. 13 sierpnia 2016

© Mariusz Janiszewski, „Doc! Photo Magazine”


Fotoreportaż - I miejsce w kategorii WYDARZENIA
Autor: Mariusz Janiszewski, „Doc! Photo Magazine”
Filipiny. Osiem miesięcy, ponad 10 tys. zabitych – taki jest bilans rządów Rodriga Duterte, nowego prezydenta Filipin, i jego wojny z gangami narkotykowymi. Więzienia są przepełnione, egzekucje często wykonuje się jedynie na podstawie poszlak, bez procesów. 27 stycznia – 12 lutego 2017


© Mariusz Śmiejek, dla „Gazety Wyborczej”


Fotoreportaż - II miejsce w kategorii LUDZIE
Autor: Mariusz Śmiejek, dla „Gazety Wyborczej”
Irlandia, Belfast. Co roku na kilka miesięcy przed 11 lipca między nowoczesnymi wieżami ze stali, betonu i szkła powstają ogromne wieże z drewnianych palet – to ogniska lojalistów w dzielnicach klasy pracującej, budowane dla uczczenia zwycięstwa Anglików nad Irlandczykami w bitwie nad Boyne w 1690 roku. 25 czerwca - 12 sierpnia 2016

© Anna Gondek-Grodkiewicz


Fotoreportaż - I miejsce w kategorii ŻYCIE CODZIENNE
Autor: Anna Gondek-Grodkiewicz
Tajlandia, Bangkok. Kam Lai (w języku tajskim: „bez oddechu”, „bez tchnienia”) to imię, które Ah Mui Xae Kao (58 lat) nadała swojej lalce. Kupiła ją w Bangkoku od świętego człowieka, który kontaktuje się z duchami. Ah Mui traktuje Kam Lai jak żywą i uważa ją za swoją córkę. Od kilku lat „boskie dzieci” biją rekordy popularności w Tajlandii. Październik 2016

© Mariusz Janiszewski, „Doc! Photo Magazine”


Fotoreportaż - I miejsce w kategorii LUDZIE
Autor: Mariusz Janiszewski, „Doc! Photo Magazine”
Filipiny. 15-letni Jomal Sulam mieszka w jednej z dzielnic Tondo w Manili. Urodził się z porażeniem mózgowym. Jego największym marzeniem jest grać w bejsbol. Styczeń –luty 2017


© Tadeusz Koniarz, Agencja Fotograficzna East News


NAGRODA ADOBE I ADOBE STOCK
Autor: Tadeusz Koniarz, Agencja Fotograficzna East News
Miedziana Góra. Barbara i Tadeusz Buczyńscy to ludowi artyści nieprofesjonalni. Mają po 65 lat. Od kilku lat ich domem jest przyczepa kempingowa, symbol wędrówki, ale także efekt trudności materialnych, z jakimi się borykają. 1 grudnia 2016

materiały prasowe "Press"

Autor: Piotr Wróblewski

2017-05-19, Aktualizacja: 2017-05-19 10:44

Polonez. Kultowy samochód PRL powstawał w tajemnicy

Milion wyprodukowanych aut, romans polsko-włoski i dawne nadzieje, że budowany w pełni w Polsce samochód podbije świat. Polonez – bo o nim mowa - wyjechał z fabryki na Żeraniu 39 lat temu, 3 maja 1978 roku.

Przygoda pierwszego (prawie) w pełni polskiego samochodu zaczyna się we Włoszech. Tam udali się przedstawiciele Fabryki Samochodów Osobowych w poszukiwaniu pojazdu dla milionów, na miarę rzeczywistości PRL. Jesienią 1974 r. w Turynie podpisano z Fiatem umowę na stworzenie samochodu, który, jako pierwszy od początku do końca, miał być produkowany w Polsce - i tylko w Polsce. Rodzimi konstruktorzy wzorowali się na pojazdach z nadwoziem dwubryłowym, które w latach 70. podbijały Europę. W śmiałych wizjach przyszły polonez miał podbić nawet rynek amerykański; być jak VW Golf czy Renault 5.

Oczywiście propaganda PRL cały czas „trąbiła” o sukcesie fiata 125p („dużego fiata”), ale w rzeczywistości - mimo sukcesu sprzedażowego - pojazd, który zjechał z linii produkcyjnej w 1967 roku, stawał się już nieco przestarzały. Trzeba było zatem pójść o krok dalej.



Wielka budowa


„Warszawska Fabryka Samochodów Osobowych, zdobywając sobie coraz większą popularność dzięki produkowanym fiatom 125p, będzie w najbliższym czasie rozbudowywana, by móc sprostać napływającym zewsząd zamówieniom” - pisała „Stolica” w 1975 r. W tym czasie produkcja fiata 125p osiągnęła swoje apogeum (w 1975 i rok później powstało aż po 115 tys. egzemplarzy pojazdu), jednak od kolejnego roku produkcja stopniowo hamowała. Oczy inżynierów były już wtedy skierowane w inną stronę. Gdy „duży fiat” osiągał największą sprzedaż, fabryka wykupiła od kolejarzy aż 11 hektarów nowej ziemi. Na potrzeby poloneza postawiono tam nową tłocznię (rozmiarowo większą od Pałacu Kultury) oraz jedną z najnowocześniejszych w Europie spawalni, ze sprzętem sprowadzanym z Zachodu za dewizy. Rozbudowywane były praktycznie wszystkie hale.


Autor: Dariusz Gdesz

Polonez – auto dla milionów


Polonez obrósł już w wiele mitów. Jeden z nich dotyczy nazwy. Podobno została ona wybrana w ogólnopolskim plebiscycie „Życia Warszawy”. Prawda o sprawczej mocy ludu jest nieco inna. Pracownicy Muzeum Techniki, które w ubiegłym roku przygotowało wystawę „Poloneza czas zacząć”, odkryli, że konkurs był sfingowany. Nazwa została wymyślona dwa lata wcześniej i w tajemnicy podrzucono ją do redakcji. Tam, w dość wyrafinowany sposób, stworzono ułudę przejrzystego konkursu.

Niektóre mity dotyczące poloneza są jednak prawdziwe.
Okazuje się, że drzwi do samochodu zaprojektował słynny Walter de Silva, który dopiero rozpoczynał swoją motoryzacyjną przygodę. Później dał się poznać jako projektant alfy romeo, seata czy audi.



Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nad charakterystyczną przednią częścią nadwozia oraz nad wystrojem wnętrza czuwał polski projektant - Zbigniew Wattson. Po latach wyznał, że we Włoszech polskich inżynierów z FSO traktowano po macoszemu, a do projektu poloneza nie przykładano większej wagi. Włosi wykorzystali prototyp Fiata ESV 2000 Libre, który od 1971 r. leżał w szufladzie, i lekko go odświeżyli. Pamiętali sukces poprzedniej współpracy (fiat 125p) i nie chcieli konkurencji na rynku. Jednak Wattson zawalczył o detale, a przede wszystkim o wystrój wnętrza, które pierwotnie było dość toporne.

Od 1975 r. Włosi przysyłali kolejne prototypy samochodu. Były wersje coupe, 3 i 5-drzwiowe. W sumie do Warszawy przyjechało jedenaście pierwowzorów poloneza. Były to ostatnie samochody wyprodukowane poza zakładami na Żeraniu. W 1977 roku rozpoczął się próbny montaż FSO PN – tak pierwotnie nazywano poloneza.
Co ciekawe, w prasie nie było właściwie żadnych informacji o rychłym rozpoczęciu produkcji. Cały proces był owiany tajemnicą. Dlaczego? Polonez był pierwszym samochodem wyprodukowanym w pełni w warszawskiej fabryce. - Spodziewano się różnych mankamentów, które trzeba będzie usuwać w trybie awaryjnym. I właśnie dlatego w listopadzie 1977 roku zbudowano 100 egzemplarzy bez rozgłosu. Uznawano je za wersje próbne, niejako doświadczalne - tłumaczy Jerzy Lemański, kurator wystawy „Poloneza czas zacząć”.


Źródło: Tygodnik Motor, 21 maja 1978

Początek produkcji


„W przeddzień Majowego Święta załoga FSO mogła w imieniu własnym i wszystkich współpracowników tego wielkiego przedsiębiorstwa zameldować o wykonaniu zadania - rozpoczęciu seryjnej produkcji samochodu FSO polonez” - pisał tygodnik „Motor” w maju 1978 roku. Według oficjalnych danych seryjna produkcja rozpoczęła się w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja. W prasie nie znajdziemy informacji o poprzednich wersjach doświadczalnych.

Dziennikarze zachwalali wygląd samochodu, jego pakowność oraz kwestie techniczne. Polonez miał trzypunktowe pasy bezpieczeństwa oraz 4-biegową skrzynię biegów (wkrótce dostępny będzie także w wersji 5-biegowej). Do produkcji weszły modele o pojemności silnika 1300 i 1500 cm sześć. z nadwoziem linii „fastback”, ograniczającym zużycie paliwa. Zapowiadano nawet modele o pojemności 2000 cm sześć., ale tych planów nigdy nie udało się zrealizować.


Źródło: Tygodnik Motor, 21 maja 1978

Dziennikarze już w pierwszych dniach produkcji dzielili się wrażeniami z jazdy. Poloneza porównywali do fiata 125p. „Uderzającą różnicą jest znacznie mniejsza hałaśliwość we wnętrzu nadwozia” - pisano w „Motorze”.
Co ciekawe, polonez był jednym z najbezpieczniejszych aut produkowanych w tamtym czasie w Europie. Jako jedyny w tej klasie miał kontrolowane strefy zgniotu. Wszystko przez normy z USA, bo właśnie tam miał trafić.


Nie oznacza to, że był samochodem bezbłędnym. Komunistyczna propaganda nie mogła przyznać się do niedoróbek, ale było ich co najmniej kilka. Zaczynając od zbyt słabej mocy silnika, twardego zawieszenia czy złej widoczności przez tylną szybę, a kończąc na rdzy, która pożerała karoserię samochodu.

Polacy szybko zakochali się w nowym aucie. W pierwszym roku powstało 3,5 tys. egzemplarzy. W kolejnych latach produkcję zwiększono dziesięciokrotnie. Tylko między 1980 a 1985 rokiem zakłady opuściło ponad 160 tys. polonezów. To dużo, ale plany szefostwa zakładały, że taka liczba pojazdów będzie produkowana rocznie. Do tego jednak nigdy nie doszło. Mimo to poloneza sprzedawano do blisko 40 krajów, a za Żelazną Kurtyną nie miał on sobie równych.


Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

– Połowę aut FSO sprzedała za granicę – mówił z dumą lektor Polskiej Kroniki Filmowej z 1987 roku, gdy świętowano wypuszczenie dwumilionowego poloneza z fabryki na Żeraniu. Liczby te były jednak „podrasowane” przez komunistyczną propagandę. W rzeczywistości polscy robotnicy stworzyli dokładnie 1 061 807 pojazdów (nie licząc wersji Truck), na których przyklejono tabliczkę z nazwą „Polonez”. Z czasem powstawały odświeżone wersje: Caro, Aut, dostawcze Truck czy Cargo, używany też jako ambulans. Ostatni polonez zjechał z linii produkcyjnej 22 kwietnia 2002 roku. Był to początek końca FSO.

Autor, Piotr Wróblewski, dziennikarz naszemiasto.pl

Podziękowania dla pana Jerzego Lemańskiego, kuratora wystawy „Poloneza czas zacząć”, która odbyła się w Muzeum Techniki w Warszawie. Tekst oparty o materiał kuratorski wystawy: „Poloneza czas zacząć”, wydania tygodnika „Stolica”, tygodnik „Motor” z 21 maja 1978 oraz materiały historyczne Fabryki Samochodów Osobowych.


Zdjęcie główne, z wystawy „Poloneza czas zacząć”, autor: Muzeum Techniki w Warszawie


Źródło: Tygodnik Motor, 21 maja 1978