O tym, za ile można rozpocząć wyprawę swojego życia i czy obcokrajowcy mogą być dobrymi partnerami w podróżowaniu, rozmawiamy z Karoliną Słomską, autorką bloga Podróże Dziewczyny Spłukanej.

Nie masz pieniędzy na wymarzoną podróż? Karolina przekonuje, że jedynym ograniczeniem w podjęciu podróżniczego wyzwania jesteśmy my sami. I podpowiada tańsze opcje: autostop, coachsurfing i uśmiech na twarzy, który zawsze zapewnia gościnność w obcym kraju.

Karolina jest autorką bloga Podróże Dziewczyny Spłukanej. Pisze o sobie, że jest "życiową pokraką". To nieprawda. Jeśli przeczytacie o jej podróżach i życiowych doświadczeniach, szybko stwierdzicie, że to po prostu wyjątkowo silna kobieta.

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z podróżowaniem? 

Trudno wskazać mi konkretny moment, w którym zaczęła się dla mnie przygoda z podróżami. Już jako małe dziecko jeździłam z rodzicami w góry, później na kolonie. Teraz jestem im za to wdzięczna, chociaż dawniej nie zawsze byłam zachwycona. 

Dalekie podróże w pojedynkę wzięły się stąd, by niejako uciec od trudnego momentu w życiu, w którym od dłuższego czasu tkwiłam. Przeglądałam Facebooka, gdy na tablicy zobaczyłam ofertę wyjątkowo tanich lotów do Wenecji oraz tydzień później do Barcelony. Zabukowałam oba, zanim zdążyłam to przemyśleć. Początkowo byłam na siebie wściekła za ten przejaw lekkomyślności, ale w ostatecznym rozrachunku wyszło mi to na dobre. Potem w ciągu sześciu miesięcy odwiedziłam również Amsterdam, dwukrotnie Budapeszt, przeszłam szlak El Camino w Hiszpanii, podróżowałam autostopem przez Portugalię, zwiedziłam Gibraltar, podróżowałam po Maroku, spędziłam wspaniały weekend w Pradze. Nie jest to może najlepszy możliwy sposób wychodzenia z depresji, ale mi podróżowanie bardzo pomogło.

Frustracja, pusty portfel i marzenia o dalekich podróżach. Czy pieniądze faktycznie są ograniczeniem w podjęciu podróżniczego wyzwania? 

Są. Oczywiście, że są. Można podróżować bez grosza przy duszy, ale chyba nie do końca jest to odpowiadający mi styl wędrówki. Kiedy podróżuję, żywię się głównie w tanich supermarketach, śpię u znajomych lub korzystając z couchsurfingu, korzystam z autostopu… Ale nie oznacza to, że nie chciałabym przeznaczać na podróżowanie nieco większych sum. Wydaję to, co mam, w taki sposób, by zobaczyć i posmakować jak najwięcej. Jednak skłamałabym pisząc, że okazjonalne wyjścia do restauracji czy pubu w nowo poznanym miejscu nie sprawiają mi przyjemności. Szukam więc złotego środka. Oszczędzam na transporcie i noclegach, ale dzięki temu mogę np. zaprosić mojego couchsurfingowego gospodarza na kawę czy piwo, ugotować mu kolację, przywieźć dobry alkohol z Polski...

Staram się okazać swoją wdzięczność, nie żerować tylko na cudzej dobroci, lecz w miarę możliwości dać coś od siebie.Takie relacje trwają dłużej. Ruth, którą poznałam w Wenecji, zorganizowała dla mnie naprawdę niesamowity pobyt u swoich przyjaciół w Izraelu. Eric gościł mnie w Barcelonie jeszcze kilkukrotnie, Matteo wpadł na weekend w odwiedziny do Londynu. Takich znajomości było więcej, jednak wątpię by były równie trwałe, gdybym rozpoczęła je z postawą roszczeniową, typu "jestem biednym podróżnikiem, zajmij się mną". Brzmi to nieco okrutnie, ale już tyle razy słyszałam gospodarzy uskarżających się na podróżników, traktujących couchsurfing wyłącznie jako darmowy nocleg, a nie wymianę, że uznałam, iż warto o tym wspomnieć.

Na pewno są kraje, do których lepiej nie jechać z pustym portfelem? 

Myślę, że dla każdego będą to miejsca zgoła odmienne. Dla niektórych będzie to droga Skandynawia, dla kogoś innego kraje Trzeciego Świata. Ja optuję za tą drugą grupą. Wychodzę z założenia, że im droższy kraj, tym lepiej funkcjonujący couchsurfing, bezpieczniejszy nocleg w namiocie… Natomiast w krajach rozwijających się, choć mogę kupić wszystko znacznie taniej, momentami czuję się po prostu głupio, oszczędzając na każdym kroku, gdy dookoła widzę biedę. Trochę jakbym nie dawała tym ludziom szansy zarobku. Sama dostrzegam lekką niedorzeczność takiego myślenia, zwłaszcza w Indiach, gdzie szalenie często czułam się zwyczajnie oszukiwania, ale nie potrafię się go wyzbyć.

Gdy odchodziłam z jakiegoś hotelu, który wydawał mi się zbyt drogi, choć w przeliczeniu nie kosztował więcej niż przeciętny pokój w hostelu w Polsce, Indusi często patrzyli się na mnie jak na wariatkę. I rozumiem ich. Pamiętam, gdy pracując dawniej jako kelnerka w Sopocie, dziwili mnie Norwegowie, nie zostawiający choćby złotówki napiwku. Trochę pazerne myślenie, ale wraz z koleżankami przyzwyczaiłyśmy się chyba do myślenia, iż grupa Norwegów równa się wysoki napiwek.

Jacy są Indusi?

Indusi w większości podobnie patrzą na wszystkich białych turystów. Bywa to irytujące, zwłaszcza, gdy niemiłosiernie zawyżają ceny, ale zachęca mnie to też do dania szansy zarobku tym, którzy traktują mnie uczciwie. Dlatego też podczas ostatniej, kilkumiesięcznej podróży po Indiach wraz z Anthony’m (moim partnerem) wracaliśmy wielokrotnie do tych samych pensjonatów, restauracji czy choćby stoisk ulicznych. Wydaliśmy nieco więcej, niż zamierzaliśmy, ale daliśmy zarobić ludziom naprawdę uczciwym oraz spędziliśmy wspaniały czas bez upierdliwego targowania i irytacji.

Wracając jednak do poprzedniego pytania, tak jak powiedziałam na początku, dla każdego krajem niskobudżetowym będzie zupełnie inne miejsce. Wszystko zależy od tego, co chcemy robić, jak spędzać swój czas, jak się przemieszać, gdzie nocować. Jeśli nie wyobrażamy sobie wypoczynku innego niż w luksusowym hotelu, to oczywiście, że zachodnia Europa będzie droższa od Azji.

Finansowe minimum, które musisz mieć ze sobą? 

Nie istnieje. Biorę tyle, ile mam. I niestety wszystko wydaję. Zdarzały się wyjazdy z 20 zł w kieszeni, zdarzały się takie za większą sumę. Wszystko zależy od miejsca, do którego jadę oraz ludzi, których poznam w drodze.
Obecnie staram się lepiej zarządzać pieniędzmi, by faktycznie doświadczyć jak najwięcej przy ograniczonym budżecie, ale jeszcze daleka droga przede mną. 

Zostawmy temat pieniędzy. Czego nie można zapomnieć ze sobą zabrać? 

Paszportu. Całą resztę da się zastąpić czym innym, kupić na miejscu, pożyczyć lub w ostateczności przeżyć bez tego.

Gdybyś miała milion dolarów, wolałabyś wsiąść do szybkiego porsche i pojechać prosto przed siebie, czy wybrałabyś podróż na stopa?

Myślę, że gdybym miała milion dolarów, wsiadłabym w samolot i poleciała do jakiegoś fajnego miejsca, a tam korzystałabym z autostopu, znowu wsiadłabym do samolotu, znowu autostop i tak w kółko. Autostop jest wspaniałym sposobem podróży, ale na dalekie dystanse wolę jednak samolot. Głównie dlatego, że przy autostopie trudniej o zorganizowanie tanich noclegów, czy zorganizowanie w ogóle. Niektórym to odpowiada, mi też kiedyś odpowiadało, ale teraz wolę spędzać więcej czasu w danym miejscu, niż tkwić na autostradzie. Z autostopu korzystałabym z dala od powszechnie uczęszczanych tras, gdzieś, gdzie mogę łapać podwózkę z pięknym widokiem. Tak było np. w Wayanad: oszałamiający zapach dżungli, harcujące wesoło małpy, przyjaźni ludzie. To był zdecydowanie jeden z najlepszych "stopów" w życiu.
 
All inclusive czy przemakający namiot?

Namiot, ale nie przemakający. Albo tani pensjonat lub couchsurfing. Nie widzę nic złego w all inclusive – sama pracowałam w biurze podróży i wiem doskonale, że formuła dobrego hotelu z wyżywieniem wcale nie oznacza wakacji spędzonych na leżaku. Można jeździć na wycieczki zorganizowane, można wyjść i zwiedzać samemu. Wszystko zależy od człowieka. Luksus nie jest grzechem i nie wyklucza odkrywania. Ja po prostu lubię małe hoteliki z duszą, spotkania z ludźmi poznanymi na couchsurfingu, poranne wygramolanie się z namiotu. Taka forma podróżowania sprawia mi najwięcej przyjemności. No ale ja uwielbiam też jeść chleb z samym masłem i cebulą, więc żadne ze mnie guru w kwestii gustów.

Podróże dały Ci... 

Pewność siebie. Zdecydowanie. Kiedy ruszałam w pierwszą samotną podróż strasznie panikowałam: jak ja sobie poradzę? Zwariowałam! Zabiją mnie, zgwałcą i obrabują! Niekoniecznie w tej kolejności. Teraz mam dużo więcej zaufania do siebie samej, własnej intuicji, ludzi poznanych w drodze. 99 procent osób nie jest psychopatami i trochę smutne jest dopatrywanie się w każdym obcym człowieku tego jednego procenta.

Od jakich narodowości powinniśmy uczyć się radości życia, która zatrzyma polskie narzekanie na to, jak tu, na naszym polskim podwórku, jest źle? 

Ależ ja bardzo lubię to nasze polskie podwórko! I jego narzekanie też. Osobiście uważam, że Polacy mają cudowne, czarne poczucie humoru i tylko niektóre osobniki narzekają bardziej, niż mają powody.
A może po prostu widzę to w ten sposób, ponieważ, czy to w Polsce, czy gdziekolwiek indziej staram się otaczać ludźmi biorącymi na klatę własne niepowodzenia i takimi, którzy potrafią obrócić trudną sytuację w żart.

Chociaż mój kochany Francuz twierdzi, że jesteśmy najbardziej burkliwym narodem świata. Nie minęło pół godziny w naszym pięknym kraju, gdy został zrugany przez pewną starszą ekspedientkę za mówienie do niej po angielsku, szturchnięty z bara przez przechodzącego dryblasa i skrzyczany za to, że za długo ładuje swój telefon na stacji paliw. Jednak w kolejnych tygodniach jeżdżenia po Polsce nie mógł wyjść ze zdziwienia, jak szalenie gościnni jesteśmy, jak pomocni i życzliwi w bezpośrednim kontakcie. Podsumował to później zdaniem: "Polacy gapią się na ciebie, jakby chcieli dać ci w twarz, a później okazują się być najbardziej pomocnym narodem, jaki w życiu spotkałem." I ja się z nim zgadzam. Nie wiem, czemu sami dla siebie jesteśmy aż tak surowi. Może witając się z obcymi ludźmi, nie obcałowujemy ich, jak to robią Francuzi, ani nie prowadzimy półgodzinnych gadek o niczym jak Anglicy. Ale jak przyjdzie co do czego, jesteśmy o wiele bardziej rodzinni, pomocni i bezinteresowni. Chociaż Anthony pewnie by się na mnie za te słowa nieco obraził. 

Może nie przeczyta. Zostanie to naszą słodką tajemnicą. Powiedz proszę, którą z podróży wspominasz najlepiej, dokąd chciałabyś jeszcze wrócić? 

Na pewno wrócę na El Camino. Była to dla mnie trasa wyjątkowa i bardzo chciałabym ją powtórzyć. Z przyjemnością wróciłabym też do Izraela, Nepalu… ach, takich miejsc "do powrotu" jest mnóstwo, nie sposób wybrać jednego kierunku. Ale tyle nowych miejsc czeka…

Wspominasz dużo o Anthonym, którego na blogu pieszczotliwie nazywasz Antkiem. Jest dobrym towarzyszem w podróży? Różnicie się? 

Bardzo się różnimy. Ale to chyba sprawia, że tak świetnie podróżuje się nam razem. Początki były trudne. On nie miał żadnego doświadczenia w niskobudżetowych podróżach, a ja byłam przyzwyczajona do robienia wszystkiego sama. Jednak teraz myślę, że choć podróże bez niego nadal byłyby wspaniałe, razem jest nam po prostu lepiej. Zwłaszcza, że kolejny mały podróżnik jest w drodze i na pewno wolałby, by rodzice nie rozdzielali się na tak długie tygodnie. 

Gratuluję. I dziękuję za rozmowę.

rozmawiała
Kinga Czernichowska

Wiadomości Wrocław, Wydarzenia Wrocław

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!