Marcin Pieńkowski Marcin Pieńkowski

Nowe Horyzonty w tym roku mają doskonały program (© Tomasz Hołod)

Marcin Pieńkowski, dyrektor artystyczny 17. Międzynarodowego Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty we wrocławskim Kinie Nowe Horyzonty, opowiada o niekiedy kontrowersyjnych nowościach oraz filmie „Twój Vincent”, który powstawał m.in. we wrocławskim CeTA

Dlaczego w tym roku na festiwalu są tylko dwie retrospektywy? 
Retrospektywa Jacques’a Rivette’a, mistrza francuskiej nowej fali, jest po prostu ogromna, to 11 bardzo długich filmów (grubo powyżej dwóch godzin), poza tym także krótkie metraże. Właściwie pokażemy 12 filmów, wliczając dokument o twórcy autorstwa Serge’a Daney’a i Claire Denis „Jacques Rivette, strażnik”.  Rivette był zawsze wierny sobie. Jeśli chciał, żeby nakręcony w 1969 roku film „Miłość szalona” trwał 4 godziny, to film rzeczywiście trwa tyle, ile twórca założył. Te filmy często nie nadają się do zwykłej dystrybucji, bo np. 12,5-godzinny „Out 1” – opus magnum reżysera – jest snem, ciągiem skojarzeń, czymś zupełnie niespotykanym w kinie. Pokażemy go tylko raz, w czterech częściach, ze względu na jego długość, ale z odrestaurowanej kopii, więc w świetnej jakości. Przez 20 lat ten film był zresztą pokazany tylko kilka razy na światowych festiwalach. Stawiamy na nieoczywistych twórców.

Często jest Pan pytany, dlaczego nie ma np. retrospektywy Akiry Kurosawy?
Odpowiadam, że jego filmy są obecne na DVD i w TV, są bardzo znane. Niewielu jest tak nowohoryzontowych twórców, jak Rivette, który dopiero po śmierci zyskał status twórcy kultowego. Z kolei Fred Kelemen, faworyt Romana Gutka, jest zupełnie nieznany w Polsce. Może tylko najbardziej zagorzali kinomani znają jego filmy: dekadenckie, mroczne, w których ich twórca jest bardzo wierny sobie. W przepiękny i niełatwy sposób opowiada o człowieku, to kino bardzo humanistyczne, chociaż smutne. Niemal wszystkie filmy kręcił na taśmie filmowej. To jeden z artystów, którzy są wierni taśmie, uwielbiają malować na ekranie światłem i cieniem. To jest jego świat. Będzie też miniretrospektywa Honga Sang-soo, koreańskiego twórcy porównywanego do francuskich mistrzów. I filmy Gastóna Solnickiego, argentyńskiego reżysera o polskich korzeniach. 

Zrezygnowaliście z kilku konkursów. Dlaczego? W myśl jakiejś idei?
To może się wydawać trochę kontrowersyjne, że zrezygnowaliśmy z wielu konkursów, zachowując tylko ten najważniejszy, Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty. Zniknęły konkursy, ale nie zniknęły sekcje. Nie ma Konkursu Filmów o Sztuce, ale są Filmy o Sztuce, nie ma Konkursu Polskich Filmów Krótkometrażowych, ale jest sekcja Shortlista, nie ma konkursu Powiększenie, ale jest sekcja filmów wrocławskich. Pracując z Romanem Gutkiem nad kształtem festiwalu, chyba najdłużej rozmawialiśmy właśnie o tym. Zastanawialiśmy się, jak przywrócić dawną świetność konkursowi głównemu. Stało się trochę tak, że bardzo wielu widzów go omijało, uważając, że tam trafiają najtrudniejsze filmy. Czasami to jest prawda, ale nie zawsze. Wiele obrazów dostawało rykoszetem. Np. „Ostatnie dni miasta”, laureata zeszłorocznego Konkursu Nowe Horyzonty, widzowie oglądali dopiero, gdy wygrał i znalazł się w naszej dystrybucji. Nagrody w konkursach przestają być ważne, jeśli jest ich zbyt wiele. Czasami dostajemy informację o filmie i ona ciągnie się w nieskończoność wyliczanką nagród zdobytych w różnych konkursach na świecie. Nikt nie jest w stanie tego zapamiętać. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jaki film w zeszłym roku w Cannes dostał nagrodę FIPRESCI w sekcji Un Certain Regard. W Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty pokazujemy filmy nowych twórców, kreujemy nazwiska, pokazujemy, że właśnie oni zaczynają robić ferment w świecie filmu. Nie możemy tego robić, jeśli prowadzimy kilkanaście konkursów. To była niełatwa decyzja. Myślę, że za kilka lat nie będziemy jedynym festiwalem z jednym konkursie w programie.

Ważna jest sekcja Kino Protestu… 
Ważna i raczej jednorazowa. 

Miejmy nadzieję, bo wyrosła ze współczesnych wydarzeń. 
Tak, wyrosła ze współczesności. Zaczęliśmy ją planować jesienią zeszłego roku i na początku miała pokazywać, jak na przestrzeni dekad kino reagowało na to, co się dzieje za oknem: na różne konflikty zbrojne, wydarzenia społeczne i polityczne, kryzysy ekonomiczne. Okazało się, że mijające miesiące dostarczyły nam tyle kontekstów i pretekstów, że byliśmy przerażeni. Ale też nasza podskórna, intuicyjna decyzja wyprzedziła trochę czas. Na kolejnych festiwalach, na które jeździliśmy, było mnóstwo filmów, które mówiły o buncie, proteście, oporze. Zobaczyliśmy w Toronto „Nocturamę” Bertranda Bonello, opowiadający o grupie paryskich młodych ludzi, którzy dokonują zamachu bez żadnego powodu i zamykają się w centrum handlowym. Ten film jest opowieścią o pustce stojącej za zamachami terrorystycznymi. Kino wyprzedza rzeczywistość, bo scenariusz powstał przed zamachami w Paryżu i Nicei. Tu niestety nie trzeba nic wymyślać, rzeczywistość daje kinu pożywkę. 

Aki Kaurismäki w swoim filmie „Po tamtej stronie” wysyła syryjskiego uchodźcę do Helsinek, z Gdańska wypędzają go narodowcy… 
To bardzo przewrotne mówienie o najważniejszych sprawach nie wprost, ale tak, by zwrócić na nie uwagę. Tak jest u Kaurismäkiego, u Mundruczó w „Księżycu Jowisza”, nawet „Happy End” Michaela Haneke jest bardzo gorzką analizą współczesnej Europy. Okazało się, że bunt i protest jest wszędzie obecny, również w kinie mistrzów. To wspaniałe i przerażające jednocześnie. Lista naszych gości jest pełna mistrzów-outsiderów. Tak jest z Irańczykami Mohammadem Rassoulofem i Mohsenem Makhmalbafem, którzy dekady mierzyli się z irańską cenzurą. To nie było równe starcie.

W konkursie znajdą się aż trzy filmy polskie: „Photon” Normana Leto, „Ptaki śpiewają w Kigali” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego, „Serce miłości” Łukasza Rondudy. 
Tak, bardzo się z tego cieszę. To dowód na to, że polskie kino jest coraz bardziej odważne, a jego twórcy, ci młodzi i starsi, chcą ryzykować. „Ptaki śpiewają w Kigali” to kino przeszywające do bólu, opowieść o traumie, a pamiętamy, że w trakcie pracy nad nim umarł Krzysztof Krauze, jeden z najwybitniejszych polskich twórców. Joanna Kos-Krauze dokończyła ten wspaniały film. Barwne „Serce miłości” Łukasza Rondudy opowiada o Wojtku Bąkowskim i Zuzannie Bartoszek, najoryginalniejszej parze polskiej sceny artystycznej. Z kolei „Photon” to spotkanie nauki i kina. To najbardziej eksperymentalny film w sekcji konkursowej. 

Widział Pan już „Twój Vincent”? 
Tak, nie na dużym ekranie, ale mimo tego dostrzegłem, że warstwa wizualna tego filmu jest oszałamiająca. Naprawdę się nie zdziwię, jeśli film dostanie przynajmniej nominację do Oscara. Ma międzynarodową karierę murowaną, będzie dystrybuowany na całym świecie. Obrazy van Gogha są jak żywe. Kilka lat temu pokazywaliśmy „Shirley – wizje rzeczywistości” - to są te same rejony. Na wielkim ekranie na pewno będzie widać, jak gigantyczna praca została w niego włożona. To widać w każdym elemencie. 

Czym jest sekcja Lost Lost Lost? To zupełna nowość na Nowych Horyzontach. 
To sekcja tworzona przez naszych widzów i współpracowników. Wyszukiwali oni nowohoryzontowe, niewielkie odkrycia, które z różnych powodów nie mogły zostać pokazane na poprzednich edycjach festiwalu. Nowe Horyzonty to nie tylko festiwalowi zwycięzcy i filmy mistrzów, ale przede wszystkim kino odważne i poszukujące, realizowane często przez nowych reżyserów.

Będą jak zwykle bezpłatne projekcje w Rynku? 
Tak, oczywiście. Widzowie zobaczą „Halkę” Konstantego Meglickiego, stary polski film z muzyką na żywo autorstwa Jerzego Rogiewicza. W programie znalazło się trochę klasyki, bo będzie też „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy, którego pamięć chcemy uczcić. Wyświetlimy też ubiegłoroczne przeboje, w programie znalazły się: „Julieta” Pedra Almodóvara, „Zagubieni” Petra Zelenki, „Toni Erdmann” Maren Ade, „Klient” Asghara Farhadiego, „Paterson” Jima Jarmuscha, „Zwariować ze szczęścia” Paola Virziego. 

Nowe Horyzonty zapraszają


Festiwal odbędzie się w Kinie Nowe Horyzonty we Wrocławiu przy ul. Kazimierza Wielkiego 19a-21.
Festiwal zwykle kończy się na początku sierpnia, w tym roku termin został zmieniony (impreza potrwa od 3 do 13 sierpnia we wrocławskim Kinie Nowe Horyzonty), bo od 20 do 30 lipca trwają mistrzostwa World Games.

Nowe Horyzonty: sprzedaż biletów


Sprzedaż biletów na seanse ruszyła 19 lipca na stronie www.nowehoryzonty.pl i w kasie kina. Ceny biletów: 24 zł na galę otwarcia i galę zamknięcia, 24 zł na filmy w ramach sekcji Pokazy galowe, 22 zł, 19 zł (zniżkowe), 18 zł – pojedynczy bilet na 10 i więcej seansów, 17 zł – pojedynczy bilet na 20 i więcej seansów, 15 zł na film z cyklu Sezon, w cyklach: Klasyka kina, Retrospektywa: Jacques Rivette, Retrospektywa: Fred Kelemen (trwające powyżej 2 godzin), 12 zł – pojedynczy bilet w cyklach: Klasyka kina, Retrospektywa: Jacques Rivette, Retrospektywa: Fred Kelemen, Retrospektywa: Gastón Solnicki (trwające do 2 godzin), 12 zł – na filmy dla dzieci.

Nowe Horyzonty: nie tylko filmy


W ramach Nowych Horyzontów organizowane są m.in.: Scena Artystyczna w galerii Studio BWA, wystawa „Diego i Frida. Niech żyje życie!” w Kinie Nowe Horyzonty, instalacja „Nieśmiałość koron drzew” w IP Studio przy ul. Ruskiej 46a. Klub Festiwalowy z koncertami i DJ-skimi setami będzie w Arsenale.

Wydarzenia Kulturalne | Wiadomości Kulturalne

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!