Wybierz region

Wybierz miasto

    Zadziwili cały kraj

    Autor: Anna Czujko

    2007-09-07, Aktualizacja: 2007-09-06 13:39 źródło: Polska Gazeta Wrocławska

    Jutro mija 42. rocznica pierwszej transplantacji w Polsce. Przeprowadzono ją we Wrocławiu Lata eksperymentów, ćwiczenie szwów i cięć. W końcu przychodzi ten dzień. Na ratunek czeka 12-letnia dziewczynka.

    Jutro mija 42. rocznica pierwszej transplantacji w Polsce. Przeprowadzono ją we Wrocławiu
    Lata eksperymentów, ćwiczenie szwów i cięć. W końcu przychodzi ten dzień. Na ratunek czeka 12-letnia dziewczynka. Nowa nerka jest jej jedyną szansą na życie


    Przy stole operacyjnym we wrocławskiej klinice przy ul. Curie-Skłodowskiej stanął sztab chirurgów, nefrologów, anestezjologów i pielęgniarek. Jest 8 września 1965 roku. Spięci i zdenerwowani, ale pewni tego, że sukces jest w zasięgu ręki. W końcu ich szef, prof. Wiktor Bross, uczył się od najlepszych na całym świecie. Zadanie, z jakim przyszło im się zmierzyć, było bardzo skomplikowane. Postanowili przeszczepić nerkę. Byli pionierami w Polsce. Podjęli się tej próby w 11 lat po pierwszej udanej transplantacji w Stanach Zjednoczonych.
    Głosowanie dla życia
    Jednym z nielicznych żyjących świadków tego historycznego wydarzenia jest prof. Bogdan Łazarkiewicz, wybitny wrocławski chirurg i kontynuator liczącej się w świecie szkoły naukowej prof. Wiktora Brossa. Prof. Łazarkiewicz brał udział w pierwszym przeszczepie, ale ostatecznie poświęcił się nie transplantologii, a chirurgii ogólnej. Przez 20 lat był szefem II Katedry Chirurgii Ogólnej. Opowiada, że do zabiegu chirurdzy przygotowywali się przez dwa lata. Trenowali w tym czasie na psach. Nabierali doświadczenia. Gdy 8 września stanęli do stołu operacyjnego, mieli omówiony niemal każdy ruch skalpelem, każdy szew. O terminie zadecydował jednak los – wypadek, w którym 40-letni mężczyzna doznał śmiertelnych urazów mózgu.
    Lekarze mieli mnóstwo wątpliwości. Brakowało np. ram prawnych, które powiedziałyby im, kiedy i od kogo mogą pobrać organ. – W tym newralgicznym momencie o konsultacje poprosiliśmy jeszcze neurochirurgów, medyków sądowych i prokuratorów. Głosowaliśmy nawet, czy już można pobrać organ – wspomina prof. Łazarkiewicz.
    Wówczas lekarze nie mogli uwierzyć, że ich koledzy po fachu ze Stanów Zjednoczonych pobierają organy, masując jednocześnie serce. Tak, by narządy były jak najlepiej ukrwione i dotlenione. – My staraliśmy się zrobić wszystko, żeby nerka była w jak najlepszym stanie. Ale pobranie przy bijącym sercu było nie do pomyślenia – opowiada profesor. Zrobili wszystko. Skonstruowali nawet specjalny pojemnik, coś w rodzaju chłodziarki, do której trafiła pobrana nerka. Można było tam nawet wprowadzić pod ciśnieniem tlen.
    W końcu stanęli do stołu operacyjnego. Chirurdzy, nefrolodzy i anestezjolodzy. Ale ich dokładne plany i tak pokrzyżował los. Zostali w pewnym sensie osieroceni i pozostawieni sami sobie. Bo prof. Bross musiał wyjechać na konferencję. – Ale cały czas duchem był przy nas. Podczas operacji konsultowaliśmy się z nim przez telefon, gdy był na lotnisku. Tuż przed startem i tuż po lądowaniu – opowiada prof. Łazarkiewicz.
    Czekała 30 dni
    Całą ekipą dowodził dr Władysław Wrężlewicz. Na stole leżała 12-letnia dziewczynka. Cierpiała na roponercze. Najpierw była operowana w innym szpitalu, gdzie lekarze musieli usunąć jej chory organ. Niestety, okazało się, że druga nerka jest w zaniku. Lekarze chwytali się wszelkich możliwych sposobów, by ją ratować. Jednak jedyną szansą na życie był przeszczep. Czekała na niego 30 dni. W końcu trafiła do specjalistów z ul. Curie-Skłodowskiej. Rodzice bez wahania podpisali zgodę na eksperymentalną terapię.
    Nerka zadziałała. Organ pracował przez trzy godziny. Później dziewczynka zmarła. Czemu? Sami lekarze mówią, że przyczyn było mnóstwo. Przede wszystkim brakowało wtedy badań zgodności tkankowej. O przeszczepie decydowała jedynie zgodność grupy krwi, a to za mało, by dobrze dopasować dawcę i biorcę. Zawiniła też nerka. Bo organ nie był najlepszej jakości właśnie przez to, że lekarze nie mogli pobrać go przy bijącym sercu dawcy.
    Na udany przeszczep trzeba było jeszcze poczekać, ale specjaliści podkreślają, że operacja wrocławskich specjalistów otworzyła drogę innym transplantologom.
    Przełamała psychologiczną barierę związaną z wszczepianiem człowiekowi narządów drugiej osoby. To między innymi dzięki ich wysiłkom kolejna próba zakończyła się sukcesem.
    Bo pół roku później, dokładnie 26 stycznia 1966 r., lekarze z Warszawy osiągnęli sukces. Profesorowie Jan Nielubowicz i Tadeusz Orłowski wszczepili nerkę dziewiętnastoletniej uczennicy szkoły pielęgniarskiej. Dawcą była kobieta po ciężkim wypadku, która doznała udaru mózgu. Nerkę pobrano, kiedy serce kobiety przestało pracować i nie udała się próba reanimacji. Operacja trwała zaledwie 57 minut, a tuż po jej zakończeniu wszczepiona nerka zaczęła funkcjonować. Nastolatka po zabiegu żyła pół roku. Zmarła, ale nie z powodu niewydolności nerek, ale przez ostre zapalenie trzustki.
    Przeszczep rodzinny
    Mimo że sukces jest przypisywany warszawskim naukowcom, wrocławski ośrodek nie zrezygnował z wyścigu o palmę pierwszeństwa. W marcu 1966 roku znów zadziwił całą Polskę. Tym razem pionierskim przeszczepem rodzinnym. Na operację czekała 25-letnia kobieta, która była pomocnikiem murarza i spadła z rusztowania.
    – Jej nerka pękła w kilku miejscach, więc lekarze musieli ją usunąć. Druga była od urodzenia mała i zaatakowana marskością. Tę młodą kobietę uratować mogła tylko transplantacja. Dawcą został 30-letni brat – opowiada prof. Łazarkiewicz.
    Kobieta żyła jeszcze pół roku. Organizm odrzucił w końcu obcy narząd. Ale operacja otworzyła drogę polskim transplantologom i przekonała ich do rodzinnych przeszczepów.
    Powrót z prezentami
    Przykłady takich pionierskich zabiegów w wykonaniu prof. Brossa można mnożyć. To on jako pierwszy przeprowadził pierwszą w Polsce operację na otwartym sercu w warunkach hipotermii, pierwsze wycięcie tętniaka aorty brzusznej i tętniaka serca. Bo profesor nie bał się nowości. Pod jego ręką klinika stała się prężnym ośrodkiem naukowym, który wprowadzał coraz to nowe techniki lecznicze. Klinika otwarta była na kontakty zagraniczne, co jak wiadomo nie było łatwe w czasach komunistycznych.
    – Wracał z tych zagranicznych wypraw nie tylko bogatszy w nowe doświadczenia, wiedzę – śmieje się prof. Łazarkiewicz. – Przywoził ze sobą sprzęty i urządzenia, które umożliwiały mu przeprowadzanie tych rewolucyjnych zabiegów.
    Chociażby sztuczne płucoserce, które sprezentowała mu Polonia amerykańska. Dzięki temu 12 kwietnia 1961 roku, w dniu, w którym Gagarin poleciał w kosmos, wykonano pierwszy we Wrocławiu zabieg w krążeniu pozaustrojowym. Płucoserce umożliwiało operowanie na otwartym sercu, a to było wstępem do rozwoju kardiochirurgii. Właśnie tej dziedzinie prof. Bross poświęcił się całkowicie.
    – Kardiochirurgia w Stanach rozwijała się już w czasie II wojny światowej. My w tym czasie leczyliśmy rany i amputowaliśmy nogi. Dlatego, gdy skończyła się wojna, prof. Bross za wszelką cenę chciał nadrobić zaległości. I świetnie mu to wychodziło – opowiada prof. Łazarkiewicz.
    Jednak, mimo że cały czas zatracał się w pracy naukowej, w poszerzaniu swoich zdolności, nie zapominał o swoich studentach i doktorantach. Robił wszystko, by mogli się kształcić od najlepszych sław na całym świecie. Organizował wyjazdy na stypendia, międzynarodowe konferencje. Jego podopieczni mówią, że był dla nich jak ojciec. Najważniejsze było jego podejście do młodszych i mniej doświadczonych kolegów.
    Egzamin w przelocie
    Prof. Tadeusz Heimrath studiował na Akademii Medycznej na przełomie lat 40. i 50. Został położnikiem, ale do prof. Brossa chodził na wykłady z chirurgii. Wspomina, że ten wiedział, że chirurgii nie da się nauczyć na wykładach. Dlatego egzamin był formalnością. Pytał, myjąc się do operacji lub w przejściu z jednego oddziału na drugi. – Ja zdawałem... przy umywalni 11 lipca 1952 roku. Wszystko w biegu. Bo najważniejsze były umiejętności, a nie sucha wiedza. Dobrze pamiętam ten egzamin. Dostałem bardzo dobry – opowiada były student profesora Brossa.

    Sonda

    Trwają tegoroczne egzaminy dojrzałości. A jak Ty wspominasz swoją maturę?

    • nie byłoby źle, gdyby nie to, że wszyscy dopytywali czy się uczę i niepotrzebnie mnie stresowali (38%)
    • moja matura to najłatwiejszy sprawdzian, jaki miałem w życiu (33%)
    • nie zdawałem matury (16%)
    • to był horror, zadania były trudne i nieadekwatne do tego, co robiliśmy na lekcjach (14%)