Wybierz region

Wybierz miasto

    To zoobacz koniecznie

    Autor: Anna Gabińska, Wojciech Chądzyński

    2005-07-08, Aktualizacja: 2005-07-08 07:33 źródło: Polska Gazeta Wrocławska

    Wrocławski ogród zoologiczny w niedzielę obchodzi 140-lecie swego istnienia Nie ma drugiego takiego w Polsce. Wrocławskie zoo jest najstarsze i ma największą kolekcję zwierząt.

    Wrocławski ogród zoologiczny w niedzielę obchodzi 140-lecie swego istnienia


    Nie ma drugiego takiego w Polsce. Wrocławskie zoo jest najstarsze i ma największą kolekcję zwierząt. Od 40 lat szefują mu Antoni i Hanna Gucwińscy, znani przede wszystkim
    z programu „Z kamerą wśród zwierząt”. Złośliwi mówią, że dzięki niemu są teraz najsłynniejszymi okazami homo sapiens we Wrocławiu





    Najbardziej znany symbol Wrocławia powstał w 1865 roku dzięki kaprysowi kilku bogatych przedsiębiorców. Panowie ci założyli spółkę akcyjną i wykupili od miasta teren ograniczony od południa i zachodu Odrą, a od północy – drogą na Biskupin, czyli obecną ulicą Wróblewskiego. Jego dyrektor Franciszek Schlegel, lekarz i przyrodnik, miał w świeżo pobudowanych pawilonach 189 zwierząt: niedźwiedzie, sarny, wilki, dwa strusie, trzy kangury, zebry, lamy i wielbłądy. Brakowało jednak największej atrakcji, bo każde szanujące się europejskie zoo musiało mieć słonia. Tymczasem dyrektor Schlegel nie miał za co go kupić. W maju 1873 roku wymyślił, że zorganizuje loterię. Pomysł spodobał się wrocławianom i wkrótce zaczęli znosić do ogrodu najróżniejsze loteryjne fanty. Znalazły się tam meble, dywany, eleganckie suknie, biżuteria, alkohole i cygara. Po zakończeniu loterii okazało się, że pieniędzy jest tak dużo, że w londyńskim zoo starczyło nie tylko na słonia Teodora, ale też na parę strusi afrykańskich, zebrę i trzy tygrysy bengalskie. Zakup słonia się opłacił. W pierwszych sześciu latach kasa zoo sprzedawała 70 tysięcy biletów rocznie, w 1875 roku ogród zwiedziło aż 154 tysiące osób.

    Przesolony goryl
    Kiedy ogród miał już słonia, zwiedzający zaczęli marzyć o gorylu.
    Zawitał do Wrocławiu 3 września 1897 roku. Czteroletnią Pussi ówczesny dyrektor Herman Stechmann kupił w Liverpoolu za 2400 marek.
    Pussi na swoje szczęście była karmiona owocami i warzywami. Ale nadgorliwi pielęgniarze zaobserwowali, że co jakiś czas popija własny mocz (nie wiedzieli jeszcze, że goryle na wolności robią to dość często) i doszli do wniosku, że brakuje jej soli. Od tej pory każdego banana dostawała obficie posolonego. Prawdopodobnie to doprowadziło ją do raka nerki. Gorylica padła w wieku 9 lat. Jej spreparowane ciało przekazano do wrocławskiego Muzeum Przyrodniczego.

    Dwa nowe otwarcia
    Ogród kwitł do początku lat 20. ubiegłego wieku. Pierwszą trudną próbą okazał się czas I wojny światowej. W 1921 roku zamknięto go do 1927 roku.
    W 1945 roku przyszła druga trudna chwila dla wrocławskiego zoo. Podczas oblężenia miasta Niemcy zgromadzone w ogrodzie zwierzęta. Z egzekucji uratowała się jedynie niedźwiedzica brunatna Lola, której prawnuczka mieszka we wrocławskim zoo do dziś. Kilka lat temu Lola groźnie poturbowała, podrapała pewnego młodzieńca. Chłopak wszedł na jej wybieg, bo chciał znaleźć się w szpitalu i w ten sposób uniknąć wojska. Plan się nie powiódł, tak jak chciał, a cena za brak wyobraźni była bardzo wysoka. Chłopak zmarł od odniesionych ran dwa lata później.
    Ogród po wojnie otwarto po raz trzeci w lipcu 1948 roku. Zabiegał o to Uniwersytet Wrocławski. Kolekcja zwierząt liczyła wówczas 150 okazów.

    Dzieciniec do głaskania
    Dziś na 30 hektarach zoo można zobaczyć ponad 6 i pół tysiąca zwierząt (od owadów po żyrafę i słonia) 600 gatunków. W ogrodzie jest dość ciasno, ale władze miasta mają niebawem przekazać nową działkę, na której powstaną nowe wybiegi i gdzie trafi część zwierząt.
    Od pięciu lat jedną z największych atrakcji dla maluchów jest dzieciniec, czyli miejsce z łagodnymi zwierzętami, które można karmić i głaskać prawie do woli. Gucwińscy przyznają, że pomysł podpatrzyli w europejskich ogrodach. Tam się sprawdził, więc z powodzeniem wprowadzono go u nas. Kozy, małe świnki, kucyki, osiołki są w ciągu dnia wymieniane trzy razy, by każda grupa była wypoczęta i chętna do pieszczot. •


    Nosem ciągał po ziemi
    Wrocławianie pierwsze egzotyczne zwierzę (był to słoń afrykański) zobaczyli – jak donoszą historycy – w drugą niedzielę lipca 1562 roku. Pokazywała go trupa wędrownych cyrkowców. Widzowie z zapartym tchem oglądali zwierzę, które „ciągało nosem po ziemi”. Po dwóch wiekach we Wrocławiu pokazano nosorożca. Na początku XIX wieku nad Odrą można było podziwiać fokę, a w 1828 roku – kolekcję węży. Najwięcej egzotycznych zwierząt pokazali Francuzi w swojej menażerii w kwietniu 1864 roku. Były tam słonie, tygrysy, lwy i małpy.

    Wrocławskie zoo w liczbach
    * żyje tu teraz około 6,5 tysiąca zwierząt 600 gatunków
    * 100 gatunków stale się rozmnaża
    * rocznie zoo odwiedza 400 tysięcy osób, w tym 230 tysięcy dzieci i młodzieży
    * był dzień, w którym zoo sprzedało 30 tysięcy biletów
    * zoo zatrudnia 135 pracowników
    * tutaj padł rekord: czterokrotnie rozmnożył się w niewoli tukan toko
    * po raz pierwszy na świecie rozmnożyły się tu antylopy gnu białobrode
    * przez 140 lat istnienia zoo szefowało mu 7 dyrektorów (Antoni Gucwiński jest dyrektorem od 1966 roku, ósmym z kolei)

    Bilet na Gucwińskich
    Wielu turystów spodziewa się podczas zwiedzania zoo spotkać ich najsłynniejszych dyrektorów: Hannę i Antoniego Gucwińskich. – Dlatego spacerujemy po ogrodzie wczesnym rankiem albo wieczorem. Inaczej ciągle musielibyśmy pozować do zdjęć – śmieją się.
    Gucwiński szefuje ogrodowi od 1965 roku, jest ósmym dyrektorem. Pochodzi spod Nowego Sącza. Studiując zootechnikę w Krakowie przyjechał na praktykę do wrocławskiego zoo. Tu dostał propozycję etatu asystenta. Skorzystał z niej i zamieszkał we Wrocławiu. Skończył weterynarię i obronił doktorat. Jego żona urodziła się w Warszawie. Chciała studiować farmację, ale skończyło się też na zootechnice. Poznali się w zoo, gdy zastępowała kolegę pracującego w ptaszarni w zoo. Po kilku latach się pobrali. Nie mają dzieci. Ale za to z pasją ratują potomstwo rozmaitych zwierząt. I to rodzące się w zoo, i to przychodzące na świat w dzikiej przyrodzie. – Niedawno mąż jechał 350 km aż nad Dunajec, by odebrać stamtąd małego boberka ze zniszczonego żeremia. Włożyliśmy małego do wanny, dalismy mu konar i teraz chuchamy, aby rósł zdrowy. Dobrze, że nauczył się pić mleko z miski, bo ma ten mały boberek ma tak duże zębiska, że przegryzał każdy smoczek – śmieje się Hanna Gucwińska.
    Nakręcili kilkaset odcinków programów telewizyjnych „Z kamerą wśród zwierząt”. Pierwszy ukazał się 17 stycznia 1971 roku. Z dumą podkreślają, że wychowało się na nim dwa pokolenia biologów i zootechników. Faktycznie, gdy w telewizji do wyboru był tylko kanał pierwszy i drugi, ich program był bezkonkurencyjny. Tysiące widzów siadało przed telewizorami, by posłuchać o zwyczajach dzikich zwierząt i zobaczyć uratowane przed pozbawionymi uczuć macierzyńskich rodzicami młode tygrysy, pandy i szympansy.
    Od 1970 roku dyrektor zoo jest członkiem Międzynarodowej Unii Dyrektorów Ogrodów Zoologicznych. Sympozja były na wszystkich kontynentach, oprócz Antarktydy.

    Sonda

    Trwają tegoroczne egzaminy dojrzałości. A jak Ty wspominasz swoją maturę?

    • nie byłoby źle, gdyby nie to, że wszyscy dopytywali czy się uczę i niepotrzebnie mnie stresowali (38%)
    • moja matura to najłatwiejszy sprawdzian, jaki miałem w życiu (33%)
    • nie zdawałem matury (16%)
    • to był horror, zadania były trudne i nieadekwatne do tego, co robiliśmy na lekcjach (14%)