Wybierz region

Wybierz miasto

    SZTAFETA WPADEK

    Autor: Ireneusz Maciaś, Wojciech Koerber

    2005-03-08, Aktualizacja: 2005-03-08 11:11 źródło: Polska Gazeta Wrocławska

    LEKKA ATLETYKA – Gdyby Piotrek Klimczak nie zrobił tego, co zrobił, złoto mielibyśmy niewyjęte i to z przewagą sześciu, siedmiu metrów – twierdzi członek sztafety 4x400 Robert Maćkowiak ze Śląska ...

    LEKKA ATLETYKA – Gdyby Piotrek Klimczak nie zrobił tego, co zrobił, złoto mielibyśmy niewyjęte i to z przewagą sześciu, siedmiu metrów – twierdzi członek sztafety 4x400 Robert Maćkowiak ze Śląska Wrocław – sportowiec wielki, ale i pechowy



    Pech to zjawisko, które w ostatnich latach prześladuje naszą sztafetę czterystumetrowców (patrz ramka poniżej). Wiedzą coś o tym wrocławianie Robert Maćkowiak, Piotr Rysiukiewicz i Marcin Marciniszyn (wszyscy Śląsk). W niedzielę w Madrycie – podczas 28. Halowych Mistrzostw Europy – czwartym do brydża był Piotr Klimczak (AZS AWF Kraków), ale, niestety, się nie popisał. Na trzeciej zmianie nie tylko sam się przewrócił, ale doprowadził też do upadku Hiszpana. Mimo to, po kapitalnym finiszu Marciniszyna, Polacy minęli metę na drugim miejscu za Francuzami, ale szybko zostali zdyskwalifikowani.
    Antybohater naszej ekipy – Klimczak – pochodzi z Nowego Sącza, gdzie przez osiem lat trenował piłkę nożną. – Razem chodziliśmy do szkoły i razem graliśmy w LKS Zawada (obecnie klasa okręgowa). Piotrek występował na stoperze, ale zawsze dużo biegał – przypomina były piłkarz Śląska Arkadiusz Aleksander.
    Lekką atletykę Klimczak trenuje dopiero trzy lata, od kiedy rozpoczął studia na krakowskiej AWF. Tam, po jednym z meczów piłkarskich, założył się z kolegami, że przebiegnie 400 m w wyznaczonym przez nich czasie. Zakład wygrał. A działo się to na oczach czuwającego ze stoperem trenera lekkiej atletyki Andrzeja Śrutowskiego. To on, po tym biegu, namówił studenta do rzucenia futbolu na rzecz królowej sportu. I w krótkim czasie doprowadził Klimczaka do reprezentacji Polski.

    Delikatny Piotrek
    – Piotrek nas przepraszał, ale co z tego, skoro medalu nikt nam już nie da. Chłopak popełnił błąd, jakiego nie powinien popełnić żaden zawodnik. Po co pchał się pomiędzy dwóch innych biegaczy, skoro i tak musiał oddać pałeczkę Marcinowi, dopiero trzeciemu w kolejce?! – zauważył 33-letni Robert Maćkowiak, który na drugiej zmianie wykonał świetną robotę, przechodząc z piątej pozycji na trzecią. Potwierdza to także były członek naszej sztafety Jacek Bocian (mistrz świata z Lizbony z 2001 roku).
    – W Madrycie wyszło chyba to, że Klimczak nie ma jeszcze odpowiedniego doświadczenia. Tak nie postępuje biegacz w sztafecie. Właściwe zachowanie trzeba mieć w głowie. W takich sytuacjach nie wolno pchać się do przodu. Trzeba uciekać do wewnątrz, nawet kosztem straty dystansu, który przecież zawsze można odrobić – wyjaśnia powracający do formy po kontuzji czterystumetrowiec.

    Co rutyna, to rutyna
    Maćkowiak zaś dodaje: – Co rutyna, to rutyna. My z Piotrkiem Rysiukiewiczem szukamy się już od ostatniego wirażu. Na swojej zmianie zrobiłem 46,20, więc źle nie było. Szatan (Marciniszyn – red.) wykręcił 55,90, ale on przecież rozpoczynał przygotowania z innego pułapu. Był rewelacyjny. Przeleciał wszystkich. Gdyby nie upadek, złoto mielibyśmy niewyjęte, z przewagą 6-7 metrów. A Piotrek Rysiukiewicz? Uważam, że też pobiegł bardzo dobrze, bo na jego występ trzeba popatrzeć przez pryzmat choroby. Jeszcze tydzień temu miał 40 stopni gorączki. Piotrek jest bardzo delikatny. Gdy osiągnie wysoką formę, często coś łapie. W Spale wysuszył sobie śluzówkę, zdarł gardło i stało się – przypomniał Maćkowiak.
    Dla niego akurat medal madryckich ME mógłby się okazać zbawienny. Sprinter Śląska, który nie pojechał na igrzyska do Aten, nie pobiera bowiem olimpijskiego stypendium. – Nie wiem zatem, czy medal by coś pomógł przy tych naszych władzach. Cóż, trzeba teraz zdobyć minimum indywidualne na MŚ w Helsinkach i walczyć dalej. Limit pecha już chyba wyczerpaliśmy – zakończył piąty czterystumetrowiec (jedyny biały w finale) igrzysk w Sydney.
    Jedno jest pewne. Trener Józef Lisowski będzie miał kolejny dylemat. Czy dalej stawiać na perspektywicznego, choć szalonego Klimczaka, czy też szukać kogoś innego. Być może powrót do formy Marka Plawgi będzie rozwiązaniem. •


    PRZYPADKI POLSKIEJ SZTAFETY 4X400 M

    1968 – igrzyska w Meksyku
    W finale Polacy uzyskują ten sam czas co sztafeta Niemców (brązowy medal). Ale na podium miejsce zajmują tylko nasi bezpośredni rywale. Andrzej Badeński, który na metę wpadł skrajnie wyczerpany, po odzyskaniu przytomności w szpitalu – po decyzji sędziów – nie był w stanie nawet zapłakać. Pozostali: Stanisław Grędzinski, Jan Werner i Jan Balachowski do dzisiaj nie pogodzili się z tym werdyktem.

    2000 – igrzyska w Sydney
    Polacy stracili szansę na medal, po upadku na drugiej zmianie Roberta Maćkowiaka. Pierwszy wystartował Piotr Rysiukiewicz, który okrążenie pokonał niemal równo z Amerykaninem Alvinem Harrisonem. Odbierający od niego pałeczkę Maćkowiak potknął się o stojące tuż obok toru pojemniki z numerami startowymi i upadł. Natychmiast się podniósł, ale strata do czołówki była już zbyt duża, aby Polacy mogli włączyć się do walki o podium. Polska zajęła siódme miejsce.

    2002 – ME w Monachium
    Marcin Marciniszyn, Marek Plawgo, Piotr Rysiukiewicz i Robert Maćkowiak zajęli trzecie miejsce w finale, ale tuż po biegu zostali zdyskwalifikowani. Sprawcą zamieszania był Marek Plawgo, który na drugiej zmianie spowodował upadek Niemca Jensa Dautzenberga. Za metą Niemcy chcieli wręcz zlinczować Polaka. – Zabrałeś nam medal – krzyczał Ingo Schultz. – Finiszowałem, zwiększałem szybkość. Walczyłem z zębem, może zbyt brutalnie – tłumaczył się potem Plawgo.

    2005 – halowe ME w Madrycie
    Polacy zdobywają srebrny medal, ale kilka minut po finiszu zostają zdyskwalifikowani. Biegnący na trzeciej zmianie Piotr Klimczak spowodował bowiem upadek Hiszpana.

    Sonda

    Trwają tegoroczne egzaminy dojrzałości. A jak Ty wspominasz swoją maturę?

    • nie byłoby źle, gdyby nie to, że wszyscy dopytywali czy się uczę i niepotrzebnie mnie stresowali (38%)
    • moja matura to najłatwiejszy sprawdzian, jaki miałem w życiu (33%)
    • nie zdawałem matury (16%)
    • to był horror, zadania były trudne i nieadekwatne do tego, co robiliśmy na lekcjach (14%)