Wybierz region

Wybierz miasto

    Spacer w chmurach i inne przyjemności

    Autor: Justyna Kościelna

    2007-08-24, Aktualizacja: 2007-08-24 19:07 źródło: Polska Gazeta Wrocławska

    Trzy różne życiorysy, jedno uzależnienie. Od mocnych wrażeń Trudno ich złapać, umówić się na spotkanie. Krystyna za godzinę jedzie na zawody spadochronowe, Mateusz ma chwilę między pracą w sklepie rowerowym a ...

    Trzy różne życiorysy, jedno uzależnienie. Od mocnych wrażeń
    Trudno ich złapać, umówić się na spotkanie. Krystyna za godzinę jedzie na zawody spadochronowe, Mateusz ma chwilę między pracą w sklepie rowerowym a treningiem, a Łukasz właśnie się wspina



    Krystyna Pączkowska, 6655 skoków na spadochronie, lat pięćdziesiąt parę. W zasadzie Krystyna Jej Wysokość. Spadochroniarskie środowisko chyli przed nią czoła. Gdy nie skacze kilka miesięcy, robi się nerwowa. Zaczynała od latania na szybowcach, ale nie o taką adrenalinę jej chodziło.
    Pierwszy skok pamięta świetnie. Jest 19 sierpnia 1968 roku. Przepiękna pogoda, doskonała widoczność. Wsiada do „Gawrona”. W uszach dźwięczy jej śpiew pilota, Tadeusza Wiśniewskiego. Nuci „Te opolskie dziołchy” dla dodania spanikowanej dziewczynie otuchy. Ale marzenia o lataniu w przestworzach marzeniami, a strach strachem. Stoi na mostku, tysiąc metrów nad ziemią i walczy z własną słabością. Trochę przegrywa – z samolotu wypychają ją koledzy.
    Za to kiedy już ląduje, choć w szoku, rozpiera ją duma. Oczu nie zamknęła ani na sekundę. Tylko strasznie się zdziwiła, że nie widziała lotniska, a jakoś na nim wylądowała.
    Dziwić przestała się szybko, bo niebawem trafiła do kadry narodowej i zaczęła zdobywać medale w skakaniu na celność. Ile ich ma, sama dokładnie nie wie – Cała skrzynka – mówi wicemistrzyni świata i wielokrotna mistrzyni Polski.

    Po co to wszystko?
    – Ciężko powiedzieć. Chyba żeby udowodnić sobie i innym, że stać mnie na coś wyjątkowego. Raz połknięty bakcyl każe ciągle skakać – mówi.
    Ojciec z matką osiwieli

    Co ze strachem?
    – Śmierci naoglądałam się dużo. Człowiek jest wściekły, że giną przyjaciele i pozostaje po nich jedynie wgniecenie w ziemi. Ale skacze się zazwyczaj jeszcze tego samego dnia. Żeby przełamać traumę.
    O siebie nigdy się nie bała. Chociaż na początku kariery była o krok od tragicznego wypadku. Tylko raz pomyślała, że spadochron może się nie otworzyć i żeby zostawić to wszystko w diabły. Ale to normalne – była po długiej przerwie, kilka lat po zakończeniu kariery, kiedy nie skakała.
    – Rodzicom przybywało siwych włosów, gdy przysyłałam telegram z obozu treningowego. Myśleli, że kondolencyjny – wspomina Krystyna. – Nie potrafię i nigdy nie potrafiłam inaczej żyć, chować łeb w piasek.
    Teraz na przechadzki w chmurach obowiązkowo zabiera ze sobą aparat. – Odkąd robię zdjęcia w locie, jest jeszcze przyjemniej. Tylko trzeba się pilnować, bo łatwo zapomnieć o otworzeniu spadochronu we właściwym momencie – opowiada spadochroniarka.
    Każdy kursant wie, że robi się to na 700 metrach. Krycha otwiera przy... 200. – Wtedy można więcej fotek trzasnąć. Mam duszę ryzykanta. Tylko samochodem boję się jeździć – przyznaje.

    Spotkania z drzewami
    Tego lęku nie zna Mateusz Kraszewski, downhillowiec, czyli miłośnik ekstremalnej jazdy rowerem z góry. – To nie są jakieś zawrotne prędkości, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt kilometrów na godzinę – tłumaczy. Skromniś.
    Ostatnio złamał palec. Bez sensu, podczas niewinnej kraksy. Z większych wypadków wychodził bez opresji. – W drzewa trafia się regularnie. Jak ktoś jeździ na dziko, musi też uważać na pieszych – dodaje Mateusz. On preferuje ściganie się na zawodach – trasy są wtedy lepiej przygotowane, a pnie szczelnie obłożone materacami. No i można porywalizować, to kręci najbardziej.
    Na rower wsiadł po raz pierwszy z nudy. Teraz już nie wyobraża sobie życia bez niego. – Chodzenie po górach też uwielbiam, chociaż jestem stuprocentowym wrocławianinem – zapewnia. Z tej miłości być może urodzić się nowa fascynacja. Na razie jest romans ze wspinaniem. – Też całkiem niezły sport – przyznaje Mateusz.

    Tylko na mandat szkoda
    Niezły? Bzdura, świetny. Łukasz Bagrowski, 25-letni student, to człowiek-wędrownik, bez wspinania i jeżdżenia po świecie nie może wytrzymać dłużej niż kilkanaście dni. Odwiedził Ałtaj (dwa tygodnie chodzenia po górach i lodowcach z czekanami i 30-kilowym plecakiem), wdrapywał na skalne ściany we Francji, Hiszpanii i na Sardynii. We wspinaczce uwielbia to, że nie ma rywalizacji. – Tylko ty, drżące ze zmęczenia ręce i skała – dodaje Łukasz.
    Po długim wspinaniu można dostać skałowstrętu , ale bez gór Łukasz popada w stany lekkiej depresji. Nawet we Wrocławiu, jak nie może się wyrwać, znajduje kawałek przestrzeni. Lubi wspinać się po mostach (entuzjazm opada, jak trzeba płacić mandaty).
    Kontuzje? W Alpach, na wysokości 2600 metrów, poczuł ból w barku. Nie żałuje tej wyprawy. Bez względu na to, że ręki do końca już nigdy nie uda mu się wyleczyć. Niedawno jego kompan spadł z 8-metrowej skały, bo asekurujący popełnił błąd. Mógł się zabić, skończyło się na potłuczeniach.
    Szczupły (dba o linię, zbędne kilogramy trzeba dźwigać w górach), z mocnymi barami. Znaki szczególne – poobdzierane dłonie i kolana. I wykrzywiona lewa ręka. Ale to stare, źle zrośnięte złamanie, jeszcze za czasów fascynacji szybką jazdą rowerem. •

    Wyzwanie typu „przeżyć”
    Beata Jarosz, psycholog:
    Dlaczego dla kilku chwil przyjemności narażamy życie? Bo wtedy człowiek czuje się wyjątkowy – poradził sobie, umiał wyjść z opresji. Często też chce po prostu oderwać się od rzeczywistości. Mocne wrażenia nie są jednak zarezerwowane wyłącznie dla sportów ekstremalnych – każdy, kto podejmuje ryzyko, np. gra na giełdzie, ich doświadcza. To sprawia dużą frajdę,
    bo wtedy gwałtownie rośnie poziom adrenaliny.
    Ryzykantów wykształciła nasza kultura. Żyjemy dzisiaj w wymiarze XXL – wszystko musi być największe, najlepsze, najszybsze. Poza tym mamy dzisiaj o wiele więcej możliwości – możemy wybrać się w ekstremalną wycieczkę po najodleglejszym zakątku świata,
    ze zjazdem na pontonie po wodospadzie i polowaniem na dzikie zwierzęta. Najdziwniejsza i najbardziej ryzykowna oferta natychmiast znajduje swoich zwolenników. Ludzie żyją szybko, ale muszą też szybko wypoczywać.



    Bohaterowie jednej akcji Rozmowa z Jerzym Borysem, szefem szkoły górskiej Quasar
    • Można u Pana skoczyć na bungee. Po co ludzie to robią?
    – Nasza ciekawość życia i samego siebie nie zna granic. Zastanawiamy się, czy potrafimy, a skoro inni to robią, to też chcemy spróbować. Najczęściej trafiają do nas osoby bardzo otwarte, chcące przeżyć coś niesamowitego. Każdy ma swój kawałek Himalajów – dla jednych jest to skok na bungee, dla innych spacer po górach.

    • Dużo osób rezygnuje tuż przed skokiem?
    – Nie, może jedna na dziesięć. Tak naprawdę proces podejmowania decyzji jest długi – ludzie zastanawiają się wcześniej, jeszcze w domach, tym bardziej, że przejeżdżają często dziesiątki kilometrów, by oddać jeden skok.

    • Jaki jest najczęstszy okrzyk po stanięciu na ziemi?
    – Hm, niecenzuralne słowo na zaje..., bo to ogromne przeżycie. Mało kto się przyznaje, że czuje ulgę, stojąc na pewnym gruncie. Tak już jesteśmy skonstruowani – jak o czymś myślimy, to przeżywamy to poprzez pryzmat wcześniejszych doznań. Jeżeli nie doświadczyliśmy niczego podobnego, to tuż przed skokiem zaczynamy kręcić film katastroficzny ze sobą w roli głównej. Nic dziwnego, że czujemy się szczęśliwi po wylądowaniu.



    Sonda

    Trwają tegoroczne egzaminy dojrzałości. A jak Ty wspominasz swoją maturę?

    • nie byłoby źle, gdyby nie to, że wszyscy dopytywali czy się uczę i niepotrzebnie mnie stresowali (38%)
    • moja matura to najłatwiejszy sprawdzian, jaki miałem w życiu (33%)
    • nie zdawałem matury (16%)
    • to był horror, zadania były trudne i nieadekwatne do tego, co robiliśmy na lekcjach (14%)