Wybierz region

Wybierz miasto

    Historia jednej lojalki

    Autor: Hanna Wieczorek

    2006-04-22, Aktualizacja: 2006-04-22 07:30 źródło: Polska Gazeta Wrocławska

    Jan Waszkiewicz przed 37 laty podpisał dokument lojalności. Koledzy z opozycji demokratycznej podkreślają, że nie był tajnym współpracownikiem SB – Cenię Jana – mówi Kornel Morawiecki.

    Jan Waszkiewicz przed 37 laty podpisał dokument lojalności. Koledzy z opozycji demokratycznej podkreślają, że nie był tajnym współpracownikiem SB



    – Cenię Jana – mówi Kornel Morawiecki. – Nie wierzę, żeby był kapusiem. Żeby wydawał ludzi. Mam tylko pretensję, że nie wyjaśnił tej sprawy, kiedy był osobą publiczną, że wtedy
    nie zażądał swoich akt z IPN-u. Lepiej czułbym się dzisiaj, gdyby wtedy tak zrobił


    Profesor Jan Waszkiewicz jest we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku znaną postacią. Działacz opozycji demokratycznej od końca lat 60. Działał w pierwszej Solidarności – tej z lat 1980-1981. Był nawet w jej władzach krajowych. Przeciwnik Okrągłego Stołu. W latach 90. należał do Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a później Ruchu Stu. Pod jego kierunkiem opracowano strategię rozwoju Wrocławia. Został pierwszym marszałkiem województwa dolnośląskiego. Z wykształcenia matematyk. Wykłada na Politechnice Wrocławskiej w Instytucie Organizacji i Zarządzania. Rozprawę habilitacyjną pisał na temat kulturowych uwarunkowań genezy matematyki.
    Wielu było zdumionych, gdy w mediach pojawiła się informacja, że Instytut Pamięci Narodowej odmówił mu przyznania statusu pokrzywdzonego przez tajne służby PRL-u.
    Jan Waszkiewicz przyznaje, że w 1969 roku podpisał lojalkę. Pełnym imieniem i nazwiskiem, nie pseudonimem. Do dzisiaj zresztą uważa, że nie było tam niczego, co uwłaczałoby jego godności. Zobowiązał się, że zawiadomi odpowiednie władze, jeśli podczas pobytu poza granicami PRL-u spotka się z czymś, co zagrażałoby bezpieczeństwu ojczyzny. Wtedy jeszcze socjalistycznej.

    Nie wolno rozmawiać z SB
    – Byłem młody, miałem 25 lat. Nie wiedziałem, jak trzeba postępować ze służbą bezpieczeństwa, nauczyłem się tego później – opowiada. – Z esbekami nie wolno rozmawiać. Trzeba twardo odmawiać zeznań i zażądać zaprotokołowania tej odmowy. I tak właśnie później robiłem. Chwilę milczy i dodaje: – Zresztą był koniec lat 60. Wszyscy jeszcze pamiętaliśmy budzący grozę Urząd Bezpieczeństwa. Byliśmy przekonani o jego wszechmocy.
    Był rok 1969. Córka Jana Waszkiewicza miała wrodzoną wadę serca. Profesor uważał, że najlepiej leczyć ją za granicą. Starał się o zagraniczny kontrakt. Na przełomie listopada i grudnia 1969 roku pojawił się u niego w domu oficer SB. Rozmawiali, właściwie nie bardzo wiadomo o czym. Drugie spotkanie w kawiarni było już próbą zwerbowania go do współpracy. Nieudaną.

    To była tajemnica poliszynela
    Potem było wezwanie na komendę. Tam dowiedział się, że może wyjeżdżać za granicę, ale od niego samego w dużej mierze zależy, czy dostanie paszport. Kiedy wyraził brak zainteresowania padło: „A myśmy słyszeli, że pańska córka nie jest całkiem zdrowa”. – Szantażowano mnie zdrowiem mojego dziecka – denerwuje się profesor.
    Potem pojawił się warunek, że jeśli chce gdzieś wyjechać, musi napisać oświadczenie. – Cała ta historia trwała dwa, może trzy miesiące. Od listopada lub grudnia 1969 roku do stycznia 1970 – podkreśla Jan Waszkiewicz.
    Profesor mówi, że nigdy nie ukrywał przed kolegami z opozycji tej historii. – Nigdy nie trzymałem tej sprawy w tajemnicy. Wiele osób o niej wiedziało – podkreśla.
    Kornel Morawiecki, twórca Solidarności Walczącej, zna Waszkiewicza od czterdziestu lat. Razem pracowali pod koniec lat 70. w Biuletynie Dolnośląskim. – Do redakcji wciągnął mnie Jan, poprosił o pomoc – wspomina. – On był w Biuletynie od pierwszego numeru. Ja chyba od drugiego, może trzeciego. Dobrze wspominam tę współpracę.
    Morawiecki był zaskoczony, kiedy dowiedział się, że profesor Waszkiewicz nie dostał statusu pokrzywdzonego. – Może Jan mi coś mówił o tamtej sprawie z SB, ale szczerze mówiąc, nie przypominam sobie tego – stwierdza. – Cenię go. Mam tylko pretensję, że nie wyjaśnił tego wcześniej. Kiedy był osobą publiczną.
    Profesor Andrzej Wiszniewski, były minister w AWS-owskim rządzie Jerzego Buzka, nie szczędzi pochwał Waszkiewiczowi. – Kilka miesięcy temu powiedział mi, że nie dostał statusu pokrzywdzonego z IPN-u – wspomina. – Ale nigdy na nikogo nie donosił. Zresztą nie uwierzyłbym, że był tajnym współpracownikiem czy agentem SB. Wiem, że nigdy nikomu nie zaszkodził. Mam do niego pełne zaufanie i pełny szacunek.
    Władysław Frasyniuk nie chce rozmawiać o Janie Waszkiewiczu. – Niech pani napisze tylko, że jestem przeciwnikiem lustracji. Na podstawie ubeckich dokumentów trudno oceniać, dlaczego ktoś się zachował w taki sposób, a inny nie – mówi.

    Zwolennik lustracji
    Sam Waszkiewicz był i jest gorącym zwolennikiem lustracji. Zdenerwowany mówi, że gdyby w Polsce od razu ją przeprowadzono, tak jak w Niemczech czy Czechach, to dzisiaj nie byłoby takich problemów. – Ja nikogo nie skrzywdziłem, nie podjąłem współpracy z SB. Dlaczego tajni współpracownicy, agenci bezpieki nadal mają się chować w cieniu? – zastanawia się.
    Profesor Waszkiewicz jeszcze nie oglądał swoich akt w archiwum Instytutu. Odmowa przyznania statusu pokrzywdzonego łączyła się z odmową udostępnienia zgromadzonych w jego teczce dokumentów. Sytuacja zmieniła się, kiedy Trybunał Konstytucyjny zmienił ten zapis. Chce ponownie wystąpić o pokazanie mu jego akt. •


    Ujawniać tajnych agentów
    Aleksander Gleigewicht, działacz opozycji demokratycznej, jest zwolennikiem ujawniania nazwisk funkcjonariuszy i agentów służb specjalnych PRL, które opozycjoniści mogą znaleźć w dokumentach na swój temat zgromadzonych w archiwum IPN.
    – Tak, jestem zwolennikiem takiego rozwiązania. Potrzeba nam tego ze względu na elementarne poczucie moralności i prymat prawdy w naszym życiu.
    To jednak wymaga kilku słów wyjaśnienia – mówi Gleigewicht. – Uważam, że historii nie można pisać tylko poprzez teczki. Dokumenty należy weryfikować z relacjami żywych świadków. Trzeba pamiętać też o kontekście tamtych czasów.
    Jestem przekonany, że winni są przede wszystkim pracownicy tajnych służb PRL-u, a nie tajni współpracownicy ze środowisk opozycji. I to przede wszystkim nazwiska funkcjonariuszy SB należy ujawniać.
    Poza tym inaczej postrzegamy szarego człowieka, który donosił na kolegów – tak zwane ucho, a inaczej tajnego agenta, który wykazywał inicjatywę. Tak jak Hetman w Krakowie, którego obciąża wiele ludzkich tragedii. Powinno dać możliwości wytłumaczenia się ludziom, których nazwiska ujawniamy. Przecież SB różnie werbowała współpracowników, także szantażem.

    Sonda

    Trwają tegoroczne egzaminy dojrzałości. A jak Ty wspominasz swoją maturę?

    • nie byłoby źle, gdyby nie to, że wszyscy dopytywali czy się uczę i niepotrzebnie mnie stresowali (38%)
    • moja matura to najłatwiejszy sprawdzian, jaki miałem w życiu (33%)
    • nie zdawałem matury (16%)
    • to był horror, zadania były trudne i nieadekwatne do tego, co robiliśmy na lekcjach (14%)